May you always do for others and let others do for you...
RSS
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Od razu zaznaczę - nie będzie o Tracy Hogg i jej metodach wychowawczych, kompletnie dla mnie nie do zaakceptowania. Będzie o MOIM dwulatku i o JEGO języku.

A język dwulatka potrafi być fascynujący! Doprowadzić może do łez, a przy okazji stanowi niezwykłą w swoim rodzaju intelektualną łamigłówkę. Rodzic musi czasem po kilka razy dopytać, o co chodzi, prosić by dziecko powtórzyło, przy okazji wytężając całą swoją mózgownicę, by odtworzyć wszelkie możliwe kombinacje, które rzeczonemu nielatowi mogłyby przyjść do głowy. Rodzic zmienia się w śledczego domowego ;-)

Mój syn, zwany przez długi okres czasu Kalafiorem, a teraz Saszką, jest naszym małym mistrzem w rozbawianiu swoją łamaną polszczyzną. Zresztą myślę, że dla każdego rodzica ich zaczynająca przygodę z mową polską pociechą jest podróżą pełną niespodzianek. Żałuję, że nie byłam tak skrupulatna i nie zapisywałam tych wszystkich śmiesznych powiedzonek Młodej, gdy była mała... Pamiętam jedynie, że też miałą niezwykle zabawne podejście do języka ojczystego...

Poniżej - krótki słowniczek co ciekawszych zwrotów mojego dwulatka. Dla mnie jest on śmieszny sam w sobie. Jeśli dodać do tego piskliwy głos chlopczyka, próbującego czasem naśladować nasze dorosłe tony - wychodzi z tego niezły pasztet.

Monio - komin, także wieża; generalnie coś wysokiego, smukłego; opcjonalnie - także słup latarniany

Facia - czapka; naprawdę długo nie mogliśmy zaskoczyć, o co chodzi, dopóki Młody nie pokazał na głowę

Kasiole - kalosze

Piniazia - piżama

 

A teraz - przegląd ulubionych bohaterów z bajek. Oczywiście - Peppa to Peppa, a Puchatek to Puchatek. Ale pozostałe - dla przykładu:

 

Jajupsi - Lalaloopsy

Ziziankłin - Zygzak McQeen

Jibo daś - Rainbow Dash - jeden z Kucyków Pony

 

Ostatnio zapatrzył się w opowieści, oglądane przez starszą siostrę - "Grachi" oraz "Mia i ja". A w tej ostatniej - z nieukrywanym strachem patrzy na Mankulusy. Ale to już zupełnie inna bajka.

 

16:36, countrygirl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 stycznia 2015

Ostatnio było o szczęściu... A dziś mam prawdziwy Czarny Czwartek... Dół, czarna dupa i rozpacz...

Młodej znów skoczyła gorączka - boli ją głowa, snuje się po kątach u Babci, śpi gdzie się da i ile się da, nie chce jeść... Pomimo trzeciego dnia na antybiotyku, bakteria nadal ją trawi...

Dobiła mnie dzisiejsza decyzja Banku Centralnego Szwajcarii...

W robocie z przyczyn tak zwanych obiektywnych - wiele projektów "in processing..."

Mam ochotę palnąć sobie w łeb, czego oczywiście nie zrobię z przyczyn:

a) nie mam w domu broni palnej - ani legalnej, ani z przemytu;

b) nie mam w sobie tyle odwagi i (chyba na szczęście) nie mam też w sobie takiej determinacji...Jeszcze... Panika osłabnie, emocje ucichną, "franek" wróci na w miarę przyzwoite tory...I hope.

c) mam za to dwójkę dzieci i mężą, którym pewnie pękłoby serce, gdyby zobaczyli matkę leżącą w czarnej skrzynce na katafalku...I zbyt mocno ich kocham, by robić im takowe niespodzianki...

 

16:05, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 stycznia 2015

Moja Mama zawsze mówiła, że mam więcej szczęścia niż rozumu. Coś w tym jest... Zawsze, gdy czyhało na mnie jakieś niebezpieczenstwo, udawało mi się tak zwanym psim swędem. Niezależnie od sytuacji, w jakiej się znalazłam, zawsze spadałam na cztery łapy. A gdy się wydawało, że już gorzej być nie może, zawsze pokazywało się światełko w tunelu, które okazywało się czymś w rodzaju furtki, prowadzącej do tajemniczego ogrodu.

Nade wszystko mam jednak szczęście do znalezienia się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu, w otoczeniu odpowiednich ludzi. Do poznawania cudownych, dobrych, szalonych i ciekawych ludzi, którzy okazywali się inicjatorami wielkich zmian w moim życiu.

Tak też było tym razem. Poznałam ostatnio cudownych ludzi, wspaniałe kobiety, które "poznały się" na mnie, na moim wariactwie i niepoukładanym umyśle. I zaprosiły do swojego domu.

A zatem - od teraz stałam się oficjalnie i naprawdę blogerem na portalu MamaDu.pl. Możecie zatem mnie tam znaleźć, zapraszam serdecznie!

 

16:39, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 stycznia 2015

Jak co roku o tej porze budzą się internetowi hejterzy. No ja wiem  - oni nie śpią nigdy, ale w okresie, gdy wszyscy normalni ludzie zaczynają myśleć z radością o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka - oni budzą się niczym wygłodniałe lwy.

Zastanawiam się, jak bardzo życie skrzywdziło tych ludzi, jak wielka ideologia ich zmanipulowała czy też jak wielką wrodzoną nienawiść mają w sobie, by w tak haniebny i beznadziejnie okrutny sposób krytykować dobro, które połączyło wszystkich Polaków bardziej niż cokolwiek innego. Bardziej niż wybór Polaka na papieża w 79 roku. Bardziej niż Solidarność w roku 80. Bardziej niż jednodniowa żałoba narodowa po katastrofie smoleńskiej (tak, tak, pamiętam dokładnie - w tym krótkim momencie wszyscy byliśmy razem; dopiero po dwóch dniach obudziły się demony wojny polsko-polskiej).

Ja tam mam dobre serce. Naprawdę. Choć może czasem jestem złośliwa i docinam bez powodu. Ale gdybym była złym człowiekiem, to bym tym ludziom życzyła, aby urodziło im się dziecko z problemami oddechowymi, a które nie miałoby szansy skorzystać z aparatury do nieinwazyjnego wspomagania oddychania noworodka. Aby musieli płacić za codzienne używanie pompy insulinowej dla ich chorego na cukrzycę dziecka długie lata. Aby na badanie holterem ich urodzone z niedomkniętym przedsionkiem maleństwo musiało czekać wiele tygodni. Aby dializy były przeprowadzane metodą z początku lat 70-tych , były długie, bolesne i praktycznie wykluczające ich z życia publicznego. Aby ich rodzice czy dziadkowie  byli traktowani jak piąte koło u wozu w systemie opieki medycznej, aby nie można bvyło im ulżyć w cierpieniach inaczej niż poprzez zamawianie zdrowasiek. Aby przesuwano ich z kąta w kąt, jak starą bezużyteczną kanapę z mocno nadwyrężonymi sprężynami... Nie wspominam nawet o aparaturze do przesiewowego badania słuchu u wszystkich nowonarodzonych obywateli.

Ale nie - nie jestem aż taką zołzą i nikomu nie życzę, by musiał się osobiście przekonać czym jest i do czego służy sprzęt, który od 20 lat kupuje się dzięki funduszom z Orkiestry. Aby nigdy nie musiał osobiście  przekonać się o potrzebie takiej akcji jak WOŚP i potrzebie istnienia kogoś takiego jak Jerzy Owsiak. Dla mnie może nawet sobie 3 domy wybudować i mieć 3 wypasione samochody. Dopóki zapewnia pacjentom to, co zapewniać powinno szeroko pojęte państwo - ma do tego prawo. Jest w moich oczach JEDYNĄ osobą w Polsce, której się COKOLWIEK NALEŻY tylko dlatego, że jest kim jest. Żaden NFZ, Caritas, PCK, żadna przychodnia, plebania żadna inna fundacja czy instytucja nie zrobiła tego, co on. I nigdy nie będzie w stanie, bo nie ma takiego zaufania społecznego. Koniec. Kropka.

A zatem wszystkim hejterom pokazuję środkowy palec! I do  Owsiakowych puszek będę wrzucać kasę do końca świata i jeden dzień dłużej!

18:03, countrygirl
Link Komentarze (4) »
środa, 07 stycznia 2015

Drodzy Rodzice! Dlaczego nie pozwalacie swoim dzieciom na zabawę?!

Tak, wiem, że wielu z Was się oburzy, bo jak to - przecież to nieprawda! Pozwalamy, a jakże, sami nawet zachęcamy. I sami się z nimi bawimy! Rozkładamy klocki, urządzamy teatrzyk, układamy puzzle, rysujemy,  bawimy się w dom. Ble, ble, ble....  Nie, to wszystko to są Wasze ulubione zabawy. Niby kreatywne, niby pobudzające rozwój i wyobraźnię Waszego Małego Przyszłego Geniusza. A jednak naszym dzieciom chyba nie do końca o to chodzi... Palec w górę kto potrafi wyluzowany patrzeć na małego artystę rysującego kredką po ścianie, na dziecko bawiące się zawartością szafek kuchennych czy z radością nieokrzesanego draba skaczące po kałużach niczym świnka Peppa? Kto razem z nim TO robi??? A właśnie takie są najwspanialsze zabawy naszych pociech. Dlaczego więc tak często zabraniamy naszym dzieciom się brudzić i brudzić (nieco) otoczenie? O co chodzi?

Dla naszego dziecka najważniejsze jest BYCIE z mamą, z tatą. Spędzamy średnio 9-10 godzin dziennie w pracy, za kierownicą, na zakupach. Dla dziecka zostaje chwila. Ile? Trzy-cztery godziny zanim zje kolację, wykąpie się i pójdzie spać. OK, w weekend moglibyśmy poświęcić swoim pociechom dużo więcej czasu. Ale... obiad się sam nie ugotuje, zakupy same nie wejdą do lodówki a pranie samo się nie rozwiesi. Nie wspomnę o prasowaniu, garach w zmywarce lub w zlewie, brudnej podłodze czy zamazanych oknach. A ponieważ ja osobiście nie jestem zwolennikiem teorii, że liczy się nie ilość, ale jakość czasu spędzonego z dzieckiem - jestem z moim dzieckiem nawet wtedy, kiedy muszę ogarnąć siebie i dom. I nie mam wyrzutów sumienia, że wieszam z nim pranie. Oczywiście staram się wieszać JA, a moje dziecko stara się je zrzucić na podłogę, no ale cóż - maluch ma fun!

Kuchnia również może być miejscem wielu wspaniałych przygód i odkryć godnych prawdziwego poszukiwacza skarbów. O ile wcześniej zatroszczymy się o to, by noże, miksery, blendery czy szpikulce do szaszłyków schować w odpowiednio wysokiej szafce a rączki od patelni wystarczjąco daleko odsunąć na dalsze palniki kuchenki - nie widzę przeszkód, by dziecko ze mną "gotowało". No bo co złego może się stać, jeśli młodzież wysypie nam na podłogę mąkę, cukier, budyń waniliowy, galaretkę cytrynową i suszone oregano? Nie, nie jest w stanie zjeść tego na tyle dużo, by się zatruć. O ile nie dopuścimy, bo na wysypaną suchą masę dziecię nasze nie wylało wiaderka wody - nie rozumiem w czym problem. Po wszystkim bierzemy odkurzacz, a dziecko wsadzamy pod kran.

Błoto - zmora wszystkich rodziców. "Tylko się nie pobrudź!" - zmora wszystkich dzieci. Zapomniał wół jak cielęciem był... Przecież nie ma nic przyjemniejszego niż skakanie w kałużach. A im więcej się błoto rozbryzga i im większy - pardon le mot - gnój w butach - tym lepiej! Czy naprawdę aż tak żal kilku par ciuchów? Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wychodzi na spacer z kilkulatkiem w białych rajstopach i sukience "kościelnej". Co więc nam szkodzi?! Oj tam oj tam ;-)

 

Jeśli już nie pozwalamy naszym dzieciom rozwijać swoich pasji malarskich na każdej jednej ścianie (co akurat jestem w stanie zrozumieć), to proszę, wyznaczmy dziecku jedną ścianę, na której może robić, co tylko mu wyobraźnia podpowie. Nie bójmy się tego - KAŻDY kiedyś zaczyna używać kredek w pozycji wertykalnej i KAŻDY kiedyś z tego wyrasta. Tylko nielicznym przenosi się ta pasja na ściany budynków użyteczności publicznej, ale to raczej w późniejszym wieku. Ja osobiście wolę mieć przez rok ściany w dziecięcych szlaczkach niż przeoczyć talent godny Banksy'ego ;-)

 

A jeżeli naprawdę musimy się skupić przez kilkanaście minut - poświęćmy 50 groszy i dajmy dziecku rolkę papieru toaletowego. Radość w oczach dziecka - bezcenna, a jedyną zasadą, jaką kieruje się dziecko w zabawie rzeczoną rolką jest "Sky is the limit!" Na szczęście nie musimy już stać godzinami w kolejkach po srajtaśmę i nie musimy taszczyć kilogramów makulatury by w zamian otrzymać 3 rolki. Więc rzućmy czasem maluchowi rolkę niczym serpentynę na Sylwestra!

 

Rodzicu! Baw się z dzieckiem - ono będzie ci wdzięczne po wsze czasy, a Ty nie będziesz w przyszłości przejmować się jego wizytami u psychoterapeuty i zamartwiać się czy zakazy z dzieciństwa były słuszne! Have fun! Trochę więcej luzu wszystkim Wam życzę, kochani!

 

16:01, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 grudnia 2014

Nigdy nie przepadałam za Sylwestrem. Bo w Sylwka "trzeba się dobrze bawić" - wszak to ostatni dzień starego roku, noc hucznej zabawy, fajerwerków, tańców do upadłego, szampana lejącego się strumieniami, przebieranek, szmatek, figo-fago i takie tam. Ja się przebieram kilka razy w roku, czasem bez okazji - bo lubię; szampana (no, w wersji prosecco) pijam przez całe lato, potańcuję sobie niemalże codziennie no i może tylko z fajerwerkami nie jestem za pan brat, ale także i powitanie Nowego Roku może się dla mnie obyć bez rac, huku i całego tego zapalnego świństwa. A poza tym nie lubię musieć się dobrze bawić.

Nie lubię także dlatego, że to czas podsumowań, a we mnie wszelkie podsumowania wywołują coś na kształt paniki. Że coś, co było ważne - pominę. Albo że przypomnę sobie o czymś, o czym myślałam, że już dawno zapomniałam.

W telewizji od kilku lat nie ma nic ciekawego (wszak nie mam ochoty spędzić sylwestra z Polsatem, Jedynką czy TelewizjąTrwam). No a na zaszycie się z książką pod kocem z grzanym winem w dłoni też nie mam opcji, przy dwójce dzieci, które uwielbiają wszelkie zabawy, tańce, hulanki i swawole.

A jednak - myśląc o tym kończącym się roku, nie mogę o nim myśleć inaczej, jak w kategorii: TO BYŁ DOBRY ROK. Wszyscy moi bliscy są zdrowi, a w każdym razie wciąż są z nami - może bardziej pochyleni, może trochę bardziej schorowani. Ale wciąż mogę do nich wysłać kartkę z wakacji czy zadzwonić z okazji Dnia Powszedniego.

Mam wciąż tego samego kochanego i kochającego Męża, któremu może i daleko do tytułu Ojca i Męża Roku, ale każdego dnia udowadnia mi czynem - nie słowem - że jesteśmy siebie warci. Mam zdrowe i cudownie rozwijające się dzieci.

Poza tym poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy mnie zmotywowali do różnych szalonych rzeczy, o których zawsze marzyłam, ale brakowało odwagi. Gosia, Szpila - dziękuję Wam za wiarę we mnie i za postrzeganie mojego szaleństwa, jako potencjału a nie kuli u nogi. Jeszcze bardziej poznałam ludzi, którzy byli mi bliscy i okazali się być jeszcze bliźsi. Dziękuję Ci, Aga za wszystko - za to, że jesteś zawsze, nawet wtedy gdy Cię nie ma. Aneta - za wyjątkowo pozytywne wibracje, gdy jesteśmy razem. Agata, Koza - za to, że byłyście i jesteście od ponad 20 lat...

Na nikim się właściwie nie zawiodłam. Przeciwnie - utwierdziłam się w przekonaniu, że moje (lub nie-moje) wybory były dobre. Przekonałam się, że mimo zdarzających się niesprzyjających warunków mogę iść dalej i wciąż do przodu.

Postanowień noworocznych dotrzymywać nie potrafię. A marzenia lubię mieć realne. Ot - chciałabym na ten przykład mieć figurę i urodę Penelope Cruz, zmysłowość Kaliny Jędrusik, głos niczym Czubówna i dowcip jak redaktor Wojciech Mann. Tymczasem z Kaliny Jędrusik bliżej mi do jej głosu, a grację i zmysłowość "odziedziczyłam" po redaktorze Wojciechu. A z Penelope Cruz mam tyle wspólnego, co z makakami japońskimi... Także tego...

A zatem - moja lista noworocznych postanowień przypominać by mogła tę, która kilka dni temu krążyła po internecie i rozbawiła mnie do łez:

Tak czy inaczej - w Nowy Rok wchodzę w dość solidnych butach. Rok nie będzie łatwy, ale z pewnością będzie bardzo, ale to BARDZO ważny. I z pewnością ciekawy. Dużo się będzie działo. Wiele się może udać i tak samo wiele może się zawalić. Ale kto nie ryzykuje - szampana nie pije! A zatem - do dna! Za 2015 rok!

 

08:37, countrygirl
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 grudnia 2014

Czasem każdy z nas chciałby zatrzymać pędzące nieubłaganie wskazówki zegara...

Dzieci tak szybko rosną... Jedno - to młodsze - robi z dnia na dzień takie postępy, że odbierając je każdego popołudnia po pracy od Dziadków, zastanawiam się, czy to aby na pewno mój syn i jakiego chipa mu wszczepili, że tak chłonie wszystko.  Każdego dnia widzę krok milowy, który przybliża go coraz bardziej do przemiany z małego bobasa w dużego chłopca. Nowe słowa - nie, nie słowa - poprawne zwroty frazeologiczne i pełne zdania, z podmiotem i orzeczeniem. Z dnia na dzień coraz więcej empatii, zrozumienia i współpracy... Dogadujemy się. Razem czytamy, razem oglądamy bajki, razem sprzątamy. On i ja.

To starsze z kolei powoli zaczyna mieć swój własny intymny świat. Jeszcze do niedawna mogłam wejść zawsze i w każdej sytuacji do tego świata, tak jak się wchodzi do sklepu - czasem po konkretną rzecz z listy zakupów, a czasem ot tak, żeby się poszwędać i porozglądać za niczym. I zawsze (prawie) byłam w nim mile widzianym gościem. Sama mnie do niego zapraszała, prosiła o chwilę tulenia czy rozmowy, chwilę tylko dla nas, Tak po dziewczyńsku... Ostatnio jednak zaczęła jasno określać granice kiedy i na jakich zasadach mogę zaglądać do tego świata. W zależności od nastroju - widzę na drzwiach jej pokoju: zakaz wjazdu, "Welcome", ewentualnie "Wchodzisz na własną odpowiedzialność".To świat, w którym swoje zaszczytne miejsce mają przyjaciółki, tablet, smartfon, Grachi. Już nie ja. Ech, aż czasem chciałoby się zaśpiewać ze smutkiem w głosie, podobnym do tego z piosenki Starszych Panów: "Już kąpiesz się nie dla mnie w pieszczocie pian; nie dla mnie już przy wannie odkręcasz kran..."

Jednak mimo tego całego dorastania i zgiełku wokół, nadal co wieczór słyszę: "poczytasz mi?" I jest to dla mnie najpiękniejsza prośba, jaką od niej otrzymuję. Bo jest to ten czas, kiedy możemy wspólnie się poprzytulać. Wsunąć stopy pod wspólną ciepłą kołdrę. I ona znów, choć na kwadrans, może być moją mała dziewczynką, dzieckiem o twarzy dorastającej osóbki, z własnym charakterem, z pięknymi włosami i mądrymi oczami. I zdaję sobie sprawę z tego, że z roku na roku, z miesiąca  na miesiąc będę musiała się coraz bardziej starać o jej atencję. Z uporem maniaka będę o to zabiegać.

Nie ma co dramatyzować. Każdy z nas był kiedyś dzieckiem i każdy z nas zaczynał w pewnym momencie spychać rodziców na boczny tor... Z wielu rzeczy zdaję sobie sprawę dopiero teraz, gdy jestem rodzicem...

I - może to jest naiwne - ale cały czas wierzę, że wychowuję moje dzieci tak, aby trzymały mnie za rękę w ostatnich chwilach mojego życia. 


(zdjęcie pochodzi ze strony: www.photoblog.pl)

 

 

14:12, countrygirl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 grudnia 2014

OK, prowadzę bloga, jestem aktywnym użytkownikiem pewnego serwisu społecznościowego, więc generalnie wystawiam swoją gołą dupę na widok publiczny. ALE ... to takie trochę czary, a czasem bardziej mary...

W rzeczywistości nie lubię aż tak dosłownego wybebeszania swojego życia prywatnego, choć przyznaję - jeśli mam okazję pochwalić się czymś fajnym, ładnym, ciekawym, zabawnym - czemu nie. Rpbię to, licząc, że nikomu to krzywdy nie zrobi, a mi ujmy na honorze nie przyniesie. Prawdziwy kod dostępu i tak mają do mnie ci nieliczni, na których mogłam liczyć zawsze - wtedy gdy chmury czarne zbierały się nad głową, a ja byłam bez parasola i ci, którzy pomagali wstać, gdy turlałam się ze szczęścia, trzymając się za zbolałą od śmiechu przeponę nie mogąc wstać o własnych siłach.

W szczególności, nigdy nie lubiłam publicznego okazywania sobie uczuć, co uznawałam za małostkowe, śmieszne, głupie, drażniące (niepotrzebne skreślić) . Mierziło mnie bezpardonowe włażenie sobie na kolana  na przystankach autobusowych, obślizgłe całowanie się w centrach handlowch czy obmacywanie podczas reklam w kinie.

Ale ten jeden raz zrobię wyjątek. Ten jeden jedyny raz wyrzygam cała moją miłość.

Te kilka ostatnich świątecznych dni uzmysłowiło mi, że najważniejsi są dla mnie moi bliscy. Że kocham moje dzieci miłością bezgraniczną, bezwarunkową. Że dla nich i z nimi mogę robić absolutnie wszystko. Niezależnie od poziomu energii w moich osobistych bateriach. Mogę jeździć koparką po całym domu. Mogę godzinami grać w planszówki czy układać po raz dziesiąty te same puzzle. Mogę tarzać się w śniegu, trawie, skakać w błocie, wywijać piruety na przydomowym lodowisku. Mogę sto razy w tę i we w tę jeździć resorówkami po dywanie. Skakać po łóżku przed snem. Brać udział w bitwie poduszkowej. Zasnąć wspólnie, całą czwórką w jednym małżeńskim łóżku, nie kłócąc się o kołdrę - a jakże - za małą dla nas wszystkich!

Moje dzieci... Są całym moim światem. To pewnie banał, pewnie większość matek tak ma - tak czuje, tak mówi, tak myśli. Więc mówię i ja. Szczerze i otwarcie. Kocham moją Córkę i Syna. I choćby ten świat dookoła mnie miał się zawalić, to mam to głęboko gdzieś - jeśli tylko ONI będą przy mnie trwać.

PS. Na zdjęciach tylko najmłodsza latorośl, bo starsze dziecię do kina się było wybrało ;-)


                      (Zdjęcia zrobione przez mojego kuzyna - Rafała Olechowskiego)

15:16, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 grudnia 2014

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, że większość naszych kolęd bardzo miernie oddaje radosny charakter świat Bożego Narodzenia? Weźmy taką:

"Jezus malusienki, leży wśród stajenki. Płacze z zimna, nie dała mu matusia sukienki. "

Ba, w wielu kościołach nawet najbardziej żywotna z naszych kolęd, czyli "Przybieżeli do Betlejem", jest śpiewana tak, że w zasadzie można by się zastanowić, czy niektórzy przypadkiem znaleźli się na mszy 25 grudnia nie do końca wypoczęci po pasterce... Tak, to miał być eufemizm.

Nie chce mi się wierzyć, że jesteśmy takimi smutasami.

A zatem, na te zbliżające się dni, życzę Wam wszystkim przede wszystkim WESOŁYCH świąt! Pomiędzy barszczem a grzybową, pomiędzy karpiem smażonym,a pstrągiem pieczonym w folii, pomiędzy grochem a kapustą i pomiędzy setką (uszek) a galaretką (rybną-ma się rozumieć) - pomiędzy tym wszystkim znajdzie czas na szaleństwo i prawdziwą dziecięcą radość! Pograjcie wspólnie w gry, które dostanie pod choinkę Wasza córka. Pobawcie się kolejką, która dostanie od Mikołaja Wasz syn. Zróbcie sobie prawdziwe święta w re święta - dla siebie i z sobą. Bez pośpiechu. Bez niepotrzebnych słów. Z miłością..

I z radością - tak na ustach, jak i w sercach!

Wszystkim Wam, moi mili - cudownych, magicznych i bardzo szczęśliwych świąt!!!

 

02:54, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 grudnia 2014

Od zawsze święta Bożego Narodzenia kojarzyły mi się przede wszystkim ze śpiewaniem. Nie aż tak bardzo z porządkami, odsuwaniem szaf, wycieraniem kurzu spod kaloryfera czy doczyszczaniem fug kuchennych zużytą szczoteczką do zębow i sodą. Nie z zapachem piekących się pierników i aromatuem pomarańczy z goździkami. Nawet nie z kolędami, które może... kiedyś... w dzieciństwie śpiewaliśmy wspólnie, spotykając się z całą rodziną, przy babcinym świątecznym stole w dalekim Mrągowie...

Gdy byłam w liceum (a były to wczesne lata 90-te) kupiłam sobie na bazarze piracką płytę CD (jedną z pierwszych) - składankę typu The best of Christmas. A na niej - same szlagiery. Od "Jingle Bells" po "I'll be home for Christmas". Od "Rockin' around the Christmas tree" po "White Christmas". W rytm wesołych pioseneczek ścierałam kurze w moim jeszcze panieńskim pokoju, później w swoim pierwszym M-2 i w rytm tych samych wesołych dźwięków jadę na mopie sprzątając swoją wiejską chatę.

A dziś rano, jak nigdy, tusz mi spłynął po policzkach, kiedy słuchałam - jakże uwielbianą przeze mnie piosenkę  "So Happy Xmas" Johna Lennona.

Chciałabym wierzyć, że w te święta zamilkną wystrzały w Donbasie. Chciałabym wierzyć, że idioci w czarnych kominiarkach nikomu nie obetną głowy. Chciałabym wierzyć, że żadne dziecko nie straci życia podczas ostrzeliwania syryjskich wiosek...

Jednak słaba to wiara... I jakże smutno mi...

16:01, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26