Pewnego dnia świat się zawalił. Od tego dnia wierzę w pechową moc „trzynastki”. Im bardziej chcę zapomnieć o tej „rocznicy”, tym bardziej daje mi się ona we znaki i tym szybciej i mocniej do mnie dociera jej wpływ na moje życie… A jednak dostałam od losu drugą szansę. A nawet dwie drugie szansy. I każdą z nich chcę wykorzystać w maksymalnym stopniu.
Kiedyś czerpałam z życia wielką chochlą. Miałam wszystko ,ale chciałam więcej. Dziś mam mniej, ale to co mam, jest wyselekcjonowane, mam wrażenie, ze w lepszym gatunku. Dziś staram się delektować moim życiem i każdą jego chwilą, jak dobrym jakościowo cremem brule… Z lubością oblizywać każdą łyżeczkę w obawie, by nic nie stracić ze smaku…
Bo życie może być karmelowe. Trzeba tylko ze starannością i pieczołowitością dbać, by karmel się zbyt mocno nie zrumienił. Bo spalony jest twardy, gorzki i śmierdzi. I jest nie do odratowania…
Lubię lansik z lekkim przymrużeniem oka, dlatego też wrzucam swoją fotę, na specjalne życzenie mojej zwariowanej koleżanki Kasi, która w gruncie rzeczy uwielbia to, co ja;-)
Dziś pojawił się na moim blogu baner Pajacyka - programu dożywiania dzieci w Poslce i na świecie, prowadzonego od lat przez Polską Akcję Humanitarną. Zachęcma do klikania - jeden klik i mały brzuszek wcale nie musi być głodny...
Życie mimo wszystko potrafi zaskakiwać. I to pozytywnie... Okazuje się, że "po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój"; okazuje się, że mimo wszystko życie toczy się dalej, a "ziemia toczy swój garb uroczy"; okazuje się, że "jeszcze w zielone gramy" i że potrafi mnie rozbawić nawet na pozór mało zabawne zdarzenie o 7:40;-)
Co się stało? Nic. Po prostu nic... Może po prostu czasem człowiek osiąga takie dno emocjonalne, że po nim nic tylko się odbić...
Jestem kimś innym, niż byłam tydzień temu - pewne rzeczy zostają na zawsze w człowieku, pewne słowa przebijają na wylot, pewne emocje już nigdy nie wrócą, a ja wiem na czym stoję, nawet jeśli to są ruchome piaski. Ale cieszy mnie dziś zakręcony poranek, nie martwi mnie nieprzespana noc, nie przejmuję się sprawami, na które i tak nie mam wpływu. Może ten stan nie potrwa długo, może to tylko chwila... W takim razie - chwilo trwaj !
Kocham książki. Ale zdecydowanie najbardziej kocham biografie, autobiografie, pamiętniki, dzienniki, wspomnienia, autentyczne historie rodzinne, wywiady...
Dziś - po Trójkowej porannej recenzji - zachorowałam na "nową" książkę niżyjącej już Oriany Fallaci. Oczywiście nie jest nowa, tylko wznowiona. Ale to nieważne. Ważne jest to,że czeka mnie solidna lekcja historii. Stronnicza, ale za to ze sporą dozą tupetu i dociekliwości, bezczelności, śmiała i odważna. Zawsze podziawiałam Orianę ! Szacun!!!
Nie jestem żadną fashionistką, a ten blog nie jest szafiarski, ale czasem i mnie nachodzą takie dni, jak ten wczorajszy, kiedy to przeglądałam modowe pisma, strony internetowe...Zapewne to "wina" szaro-burej pogody za oknem, niezwykłej biografii Chanel, pod której wrażeniem wciąż jestem a pewnie i także zwykłej kobiecej natury, która od czasu do czasu lubi szmaty oglądać, kupować, przymierzać.
Nie o wybiegach i wielkich kreatorach będzie; nie o ikonach stylu ani inspiracjach. Nie znoszę modnej ostatnio nazwy "must have" , bo przy moich przeciętnych zarobkach nie ma szansy na "have" większości tych rzeczy, więc raczej moje mniej i bardziej mroczne przedmioty pożądania;-)
1. "Valentina" Valentino - ze względu na flakon
2. Pomarańczowe prawie mokasyny (mogą być od Polliniego;-))
3. Botki (jak) od Zanottiego:
4. Sznur ponadczasowych i nieśmiertelnych pereł
5. Dopasowane i idealnie skrojone kostiumy plus etola z lisa - pożądany look z lat 40-tych:
6. Czerwona sukienka od La Manii -koniecznie z okrągłym kołnierzykiem, na którego punkcie mam obsesję :
7. Bez czerwonych szpilek (KONIECZNIE na platformie) do w/w się nie obejdzie (PS. nie muszą być od Louboutina)
8. Bielizna od Dity von Teese - no za to to już na pewno pójdę do piekła!!!
9. Bilet na koncert Joan Baez - to pierwsza od bardzo dawna jej europejska trasa:
Zwykły środowy wieczór może się przerodzić w niezwykle miły wieczór we francuskim klimacie, z kulinarno-duchowymi przeżyciami...
Kieliszek Merlota Domaine de Moulines, odrobina Fourme d'Ambert, Trójkowa audycja z piosenką francuską "Pod dachami Paryża" oraz skończona w końcu biografia Coco Chanel. Taka mieszanka nie zdarza się zbyt często, a jeszcze rzadziej - zupełnie przypadkowo.
A ja lubię przypadki...Przypadkowo obejrzane filmy, przypadkowo znalezione książki, przypadkowo odkryte przepisy kulinarne, przypadkowo spotkanych, dawno niewidzianych ludzi...
Biurko - miejsce do pracy. Biurko, jakie jest - każdy widzi. Mnóstwo papierów, telefon, tu zszywacz, tam dziurkacz, monitor, czasem laptop, jakieś walające się ołówki, długopisy, rzucony w nieładzie kawał ciucha - sweter, szal... Biurko służy do różnych rzeczy - bardziej i mniej ważnych. Ale czy na pewno każdy widzi czym tak naprawdę jest / potrafi być biurko??? Na początku roku biurko wygląda zupełnie inaczej niż wyglądało na koniec roku...
W nocy - wszystkie koty są czarne. Po zmroku - każde biurko może być Twoje, ale rano - Twoje biurko jest tylko Twoje...
Nie lubię podsumowań, zwłaszcza tych generalnych, ale... ogólnie rzecz biorąc, nie był taki zły... Ten Stary Rok. Zwłaszcza jego końcówka - choć z różnymi zawirowaniami, chorobami - okazała się dla mnie bardzo dobra, pełna spokoju, ciepła, miłości, namiętności, harmonii domowej. Niech tak będzie dalej...
Co do noworocznych postanowień - to ich tez raczej nie lubię, bo prawie nigdy nie udaje się ich realizować. "Będę się zdrowiej odżywiać.", "Będę uprawiać sport.", "Zadbam o swoje zdrowie." Nic z tych rzeczy. Moja konsekwencja w tych tematach jest na poziomie zerowym. Więc, może przewrotnie - moje postanowienie - "Nigdy więcej żadnych noworocznych postanowień, poza jednym - bardzo ogólnym - utrzymać domowe status quo, a może nawet, żeby było lepiej, milej, cieplej... To jestem w stanie ogarnąć.