May you always do for others and let others do for you...
RSS
piątek, 17 stycznia 2014

Mistrz ciętej risposty i geniusz absurdu - Oscar Wilde pisał "Mogę się oprzeć wszystkiemu, z wyjątkiem pokusy". No to ja znowu o książkach... To jedna z tych małych (acz kosztownych - co by nie mówić) słabostek w moim życiu, której w żaden sposób nie umiem się oprzeć. Ba! Nawet nie chcę! Mogę odmówić sobie wielu rzeczy - wyjścia do kina, nowej kiecki czy pary szpilek, butelki wina, wizyty w salonie piękności, ba - nawet sen ograniczam, byle tylko móc zagłębić się w fotelu, pod kocem, z kubkiem aromatycznej herbaty czy rozgrzewającej gorącej czekolady z chili. Uwielbiam ten moment, kiedy otwieram nową książkę, wdycham zapach farby drukarskiej i poznaję fakturę okładki delikatnym jej głaskaniem... Lubię też wracać do książek, które czytałam już po stokroć, na nowo odczytywać zaznaczone markerem ważne zdania czy robić na marginesach kolejne osobiste notatki... Może dlatego za bardzo nie lubię pożyczać książek, no chyba że zaufanym osobom. To zbyt mocny coming-out...

Wczoraj przyszła świeża dostawa książek z wydawnictwa Znak. Pozycje, które z pewnością będę przeżywać i czytać ze ściśniętym gardłem Nie przepadam za książkami z nurtu tak zwanych "lekkich, łatwych i przyjemnych". O ile lubię się pośmiać przy polskich komediach Barei, o tyle w książkach szukam refleksji, zastanowienia, a czasem nawet pały po głowie. Uwielbiam wszelkiego rodzaju wspomnienia, reportaże, biografie, pamiętniki, dzienniki... I moje nowe nabytki takie właśnie są.

Biografia Kieślowskiego specjalnego komentarza nie wymaga. To chyba mój ukochany reżyser, wspaniały człowiek, mądrość sama w sobie. Jego filmy były ze mną zawsze a jego śmierć przeżyłam jak odejście kogoś bliskiego.  Z kolei "Wypalanie traw" Wojciecha Jagielskiego oraz "13 wojen i jedna" Krzysztofa Millera to reportaże. Pierwsza - korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego (o książce jego żony - Grażyny Jagielskiej pisałam tu), a druga fotografa wojennego, który na własnej skórze przeżył największe konflikty ostatniego półwiecza (Afganistan, Gruzja, Kongo). Nie mogę się doczekać...

15:46, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 stycznia 2014

Podobno sport to zdrowie. A w zdrowym ciele zdrowy duch. Tiaaaaa.... Dawno się tak nie uśmiałam. Bo w moim przypadku działa jakieś cholerne prawo Murphy'ego. Jeśli coś może Ci się przydarzyć - to z pewnością się przydarzy. A jak możesz coś spieprzyć w swoim i tak już szwankującym organizmie - to tak z pewnością będzie!

Ale po kolei. Trzy lata temu biegałam. Truchtałam sobie po lesie. Po trzech miesiącach skręciłam w kostce nogę. Przerwa w ruchu. Rok później zaczęłam chodzić na zorganizowane zajęcia fitness i po czterech miesiącach - zaszłam w ciążę. Nie to, żeby na zajęciach... Ale tak to się jakoś wszystko zbiegło w czasie. Więc znów musiałam zrezygnoiwać z ekstremalnych wygibasów. Pomyślałam więc, że jest to dla mnie jakiś sygnał, żeby dać sobie spokój. A jak wieść gminna niesie - matki, opiekujące się więcej niż jednym dzieckiem -  fitnessu mają po kokardę, zatem rzekłam sobie w duchu: "A co mi tam! Chrzanić fitness!"

Syna porodziłam, biegałam po sto razy dziennie po schodach - w tę i z powrotem, schylałam się, podnosiłam, unosiłam, przewijałam, skakałam i wiłam się jak fryga... Po kilku miesiącach, stanęłam przed lustrem i mówię do swojego odbicia:

"Zwierciadełko powiedz przecie - kto jest najsuperowszą lufą w świecie?"

A moje vaity fair mi bezczelnie odpowiedziało: "Buahahahahahahahaha!!!!!!!!!!!!"

Tak tak, tam w lustrze to niestety ja... Popatrzyłam smętnie na siebie, na obwisy i zwisy a także na tę górę łachów, w które się nie mieszczę i powzięłam decyzję: "Do trzech razy sztuka!"

Zapisałam się do fitness-klubu. Biegam drugi miesiąc. Dwa-trzy razy w tygodniu po 45 minut. Nie żeby pot po dupie leciał, ale staram się nie obijać. Staram się też nie przeżerać (choć z tym jest gorzej).

No i tu przechodzę do punktu kulminacyjnego. Wczoraj postanowiłam spędzić uroczą godzinę na lodowisku. Wraz z Młodą wybrałyśmy się na ślizgawkę. Ważne: pierwszy raz w życiu miałam łyżwy na nogach. Poszło mi nad wyraz świetnie - muszę się pochwalić. Przez 50 minut jeździłam raz lepiej, raz gorzej - grunt, że ani razu nie zaliczyłam gleby. Jak na pierwszy raz całkiem nieźle. I nagle: łup! Leżę. Nie na tyłku - upadłam na oba kolana. Bolało.

Bolało też w nocy.

Boli i teraz. Mówię więc pas!

Trudno - nie jest mi po drodze z wysiłkiem fizycznym. Nie jest mi pisane wyglądać jak Penelope Cruz....Chyba jestem skazana na to, by już na zawsze pozostać grubą babą z cellulitem na dupie...

 

16:08, countrygirl
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 stycznia 2014

W zasadzie, to po co komu przyjaciel - przyjaciółka? Czasu mało, dzieci, dom, praca, szkoła, zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie, organizowanie, miliony spraw na głowie. Ani się obejrzę, a już jest godz. 22 i padam na twarz. Nie mam czasu na towarzyskie spotkania niczym z kultowego "Sex and the City". Nie mam siły.

A jednak..... Bezcenna jest świadomość, że gdzieś jest KTOŚ, kto rozumie Cię zanim zdążysz cokolwiek wyjaśnić. Że jest ktoś, kto dzwoni w momencie, w którym wybierasz na smartonie jego numer. Że jest ktoś z tak samo poprzestawianymi klepkami w głowie, jak Ty... Że w ciągu dnia chcesz znaleźć choć kilka minut, by zadzwonić i zapytać: "co masz dziś na lunch?" albo "jaki masz dziś kolor lakieru?"

Moje Przyjaciółki. Są tu i teraz. Nie wtedy, kiedy jest źle. Nie wtedy, kiedy potrzebuję dużej ilości wina lub dużej ilości gotówki na psychoterapeutę. Choć wtedy są też.  Ale nie chcę poznawać przyjaciół w biedzie. Chcę się cieszyć z nimi życiem, dniem dzisiejszym, ich sukcesami, ich radościami, ich zwykłymi sprawami... One są.  Są na co dzień. Po prostu są.

Katja - Szalony Kapelusznik. Siostra - Skorpion. Wielbicielka mody i retro-stylu. Prawdziwa kobieta. Czasem - do rany przyłóż. Czasem potrafiąca strzelić takiego focha, że nawet ja wymiękam i usuwam się jej z drogi. Łatwopalna. Humorzasta. Jak letnia burza  - gwałtowna, z piorunami, ale szybko wystawia tęczę. Gdybym miała określić Kasię obcymi słowami, to pasują do niej jak ulał słowa piosenki Renat Przemyk  "Tańczę na stole". Dziewczyna do tańca i do różańca. Potrafi namówić mnie na srebrne włosy, słitfocie w Instagramie i na zjedzenie połowy Dacquoise (niestety, gorzej już ze wspólnym wyjściem, by spalić te milion kalorii). Wierna czytelniczka i surowa recenzentka wszelkich moich pseudo-pisarskich poczynań.

Agnieszka - Bratnia Dusza. Czasem mam wrażenie, że zna mnie lepiej niż ja siebie. Inspiruje, daje kopa, dodaje skrzydeł...  Czasem też wycisza, powoduje, że ogarniam swoje emocje i czeszę myśli nieuczesane... Dała mi wiarę w siebie, w ludzi - że mimo wszystko są dobrzy. Z Agnieszką jest tak, jak w książce Claudie Gellay: "Niektórym ludziom jest pisane się spotkać. Niezależnie od tego, gdzie się znajdują czy dokąd się wybierają, któregoś dnia na siebie wpadną." Jest moim codziennym sekretnym dziennikiem... Wariatka - ciągnie swój do swego;-) Zakręcona. Kochana. Bardzo żałuję, że nie mieszka bliżej...

Dziewczyny, dziękuję, że jesteście każdego dnia...

 

11:01, countrygirl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 stycznia 2014

Grudzień mi przeleciał przez palce. Zamiast cieszyć się świątecznymi dzwoneczkami, szurać radośnie mietłą w rytm "Rockin' around the christmas tree", wdychać zapach świeżutkiej choinki ubranej w pierniczki, złote kokardki i świecidełka - dzwoniło mi w uszach, szurałam kapciami z powodu lenistwa połączonego z niezbyt dobrym samopoczuciem swoim i domowników, a z mietłą miałam tyle wspólnego, że miotałam się co rusz z punktu A do punktu B, a potem do C, D... itd. kończąc swoją codzienną podróż gdzieś koło godziny 18. Kończyłam oczywiście ze słowami - a jakże - grudniowej piosenki: "Janek Wiśniewski PADŁ" z mocnym akcentem na PADŁ. Dobrze więc, że skończył się grudzień, skończył się rok i skończyło się (mam nadzieję) pasmo niemocy i niechęci z roku 2013. Amen!

Ale nie byłabym sobą, gdybym jednak w tym całym zamieszaniu i pędzie nie dostrzegła pozytywów. Były, a jakże! Było cudne, wzruszające przedstawienie przedszkolne "Królowa śniegu", w którym Młoda grała tytułową rolę. Były pierwsze świąteczne "ałtficiki" Kalafiora. Poza tym - grudzień okazał się być miesiącem, który przyniósł mi sporo satysfakcji zawodowej i realizacji moich szumnych pasji. Miesiąc nowych znajomości - także wirtualnych, niemniej dodających mi skrzydeł, inspiracji i uśmiechu ot tak - codziennego!

Szerokich podsumowań zatem nie będzie. Tym bardziej - nie będzie noworocznych postanowień, bo z nich nigdy nie wynika nic poza frustracją, że znów nie udało się ich dotrzymać. Ale za to - adekwatnie do swoich możliwości i predyspozycji - rzeknę jedynie: w 2014 roku będę dla siebie dobra. I tej wersji się trzymajmy!

 

16:12, countrygirl
Link Komentarze (1) »