May you always do for others and let others do for you...
RSS
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Od razu zaznaczę - nie będzie o Tracy Hogg i jej metodach wychowawczych, kompletnie dla mnie nie do zaakceptowania. Będzie o MOIM dwulatku i o JEGO języku.

A język dwulatka potrafi być fascynujący! Doprowadzić może do łez, a przy okazji stanowi niezwykłą w swoim rodzaju intelektualną łamigłówkę. Rodzic musi czasem po kilka razy dopytać, o co chodzi, prosić by dziecko powtórzyło, przy okazji wytężając całą swoją mózgownicę, by odtworzyć wszelkie możliwe kombinacje, które rzeczonemu nielatowi mogłyby przyjść do głowy. Rodzic zmienia się w śledczego domowego ;-)

Mój syn, zwany przez długi okres czasu Kalafiorem, a teraz Saszką, jest naszym małym mistrzem w rozbawianiu swoją łamaną polszczyzną. Zresztą myślę, że dla każdego rodzica ich zaczynająca przygodę z mową polską pociechą jest podróżą pełną niespodzianek. Żałuję, że nie byłam tak skrupulatna i nie zapisywałam tych wszystkich śmiesznych powiedzonek Młodej, gdy była mała... Pamiętam jedynie, że też miałą niezwykle zabawne podejście do języka ojczystego...

Poniżej - krótki słowniczek co ciekawszych zwrotów mojego dwulatka. Dla mnie jest on śmieszny sam w sobie. Jeśli dodać do tego piskliwy głos chlopczyka, próbującego czasem naśladować nasze dorosłe tony - wychodzi z tego niezły pasztet.

Monio - komin, także wieża; generalnie coś wysokiego, smukłego; opcjonalnie - także słup latarniany

Facia - czapka; naprawdę długo nie mogliśmy zaskoczyć, o co chodzi, dopóki Młody nie pokazał na głowę

Kasiole - kalosze

Piniazia - piżama

 

A teraz - przegląd ulubionych bohaterów z bajek. Oczywiście - Peppa to Peppa, a Puchatek to Puchatek. Ale pozostałe - dla przykładu:

 

Jajupsi - Lalaloopsy

Ziziankłin - Zygzak McQeen

Jibo daś - Rainbow Dash - jeden z Kucyków Pony

 

Ostatnio zapatrzył się w opowieści, oglądane przez starszą siostrę - "Grachi" oraz "Mia i ja". A w tej ostatniej - z nieukrywanym strachem patrzy na Mankulusy. Ale to już zupełnie inna bajka.

 

16:36, countrygirl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 stycznia 2015

Ostatnio było o szczęściu... A dziś mam prawdziwy Czarny Czwartek... Dół, czarna dupa i rozpacz...

Młodej znów skoczyła gorączka - boli ją głowa, snuje się po kątach u Babci, śpi gdzie się da i ile się da, nie chce jeść... Pomimo trzeciego dnia na antybiotyku, bakteria nadal ją trawi...

Dobiła mnie dzisiejsza decyzja Banku Centralnego Szwajcarii...

W robocie z przyczyn tak zwanych obiektywnych - wiele projektów "in processing..."

Mam ochotę palnąć sobie w łeb, czego oczywiście nie zrobię z przyczyn:

a) nie mam w domu broni palnej - ani legalnej, ani z przemytu;

b) nie mam w sobie tyle odwagi i (chyba na szczęście) nie mam też w sobie takiej determinacji...Jeszcze... Panika osłabnie, emocje ucichną, "franek" wróci na w miarę przyzwoite tory...I hope.

c) mam za to dwójkę dzieci i mężą, którym pewnie pękłoby serce, gdyby zobaczyli matkę leżącą w czarnej skrzynce na katafalku...I zbyt mocno ich kocham, by robić im takowe niespodzianki...

 

16:05, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 stycznia 2015

Moja Mama zawsze mówiła, że mam więcej szczęścia niż rozumu. Coś w tym jest... Zawsze, gdy czyhało na mnie jakieś niebezpieczenstwo, udawało mi się tak zwanym psim swędem. Niezależnie od sytuacji, w jakiej się znalazłam, zawsze spadałam na cztery łapy. A gdy się wydawało, że już gorzej być nie może, zawsze pokazywało się światełko w tunelu, które okazywało się czymś w rodzaju furtki, prowadzącej do tajemniczego ogrodu.

Nade wszystko mam jednak szczęście do znalezienia się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu, w otoczeniu odpowiednich ludzi. Do poznawania cudownych, dobrych, szalonych i ciekawych ludzi, którzy okazywali się inicjatorami wielkich zmian w moim życiu.

Tak też było tym razem. Poznałam ostatnio cudownych ludzi, wspaniałe kobiety, które "poznały się" na mnie, na moim wariactwie i niepoukładanym umyśle. I zaprosiły do swojego domu.

A zatem - od teraz stałam się oficjalnie i naprawdę blogerem na portalu MamaDu.pl. Możecie zatem mnie tam znaleźć, zapraszam serdecznie!

 

16:39, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 stycznia 2015

Jak co roku o tej porze budzą się internetowi hejterzy. No ja wiem  - oni nie śpią nigdy, ale w okresie, gdy wszyscy normalni ludzie zaczynają myśleć z radością o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka - oni budzą się niczym wygłodniałe lwy.

Zastanawiam się, jak bardzo życie skrzywdziło tych ludzi, jak wielka ideologia ich zmanipulowała czy też jak wielką wrodzoną nienawiść mają w sobie, by w tak haniebny i beznadziejnie okrutny sposób krytykować dobro, które połączyło wszystkich Polaków bardziej niż cokolwiek innego. Bardziej niż wybór Polaka na papieża w 79 roku. Bardziej niż Solidarność w roku 80. Bardziej niż jednodniowa żałoba narodowa po katastrofie smoleńskiej (tak, tak, pamiętam dokładnie - w tym krótkim momencie wszyscy byliśmy razem; dopiero po dwóch dniach obudziły się demony wojny polsko-polskiej).

Ja tam mam dobre serce. Naprawdę. Choć może czasem jestem złośliwa i docinam bez powodu. Ale gdybym była złym człowiekiem, to bym tym ludziom życzyła, aby urodziło im się dziecko z problemami oddechowymi, a które nie miałoby szansy skorzystać z aparatury do nieinwazyjnego wspomagania oddychania noworodka. Aby musieli płacić za codzienne używanie pompy insulinowej dla ich chorego na cukrzycę dziecka długie lata. Aby na badanie holterem ich urodzone z niedomkniętym przedsionkiem maleństwo musiało czekać wiele tygodni. Aby dializy były przeprowadzane metodą z początku lat 70-tych , były długie, bolesne i praktycznie wykluczające ich z życia publicznego. Aby ich rodzice czy dziadkowie  byli traktowani jak piąte koło u wozu w systemie opieki medycznej, aby nie można bvyło im ulżyć w cierpieniach inaczej niż poprzez zamawianie zdrowasiek. Aby przesuwano ich z kąta w kąt, jak starą bezużyteczną kanapę z mocno nadwyrężonymi sprężynami... Nie wspominam nawet o aparaturze do przesiewowego badania słuchu u wszystkich nowonarodzonych obywateli.

Ale nie - nie jestem aż taką zołzą i nikomu nie życzę, by musiał się osobiście przekonać czym jest i do czego służy sprzęt, który od 20 lat kupuje się dzięki funduszom z Orkiestry. Aby nigdy nie musiał osobiście  przekonać się o potrzebie takiej akcji jak WOŚP i potrzebie istnienia kogoś takiego jak Jerzy Owsiak. Dla mnie może nawet sobie 3 domy wybudować i mieć 3 wypasione samochody. Dopóki zapewnia pacjentom to, co zapewniać powinno szeroko pojęte państwo - ma do tego prawo. Jest w moich oczach JEDYNĄ osobą w Polsce, której się COKOLWIEK NALEŻY tylko dlatego, że jest kim jest. Żaden NFZ, Caritas, PCK, żadna przychodnia, plebania żadna inna fundacja czy instytucja nie zrobiła tego, co on. I nigdy nie będzie w stanie, bo nie ma takiego zaufania społecznego. Koniec. Kropka.

A zatem wszystkim hejterom pokazuję środkowy palec! I do  Owsiakowych puszek będę wrzucać kasę do końca świata i jeden dzień dłużej!

18:03, countrygirl
Link Komentarze (4) »
środa, 07 stycznia 2015

Drodzy Rodzice! Dlaczego nie pozwalacie swoim dzieciom na zabawę?!

Tak, wiem, że wielu z Was się oburzy, bo jak to - przecież to nieprawda! Pozwalamy, a jakże, sami nawet zachęcamy. I sami się z nimi bawimy! Rozkładamy klocki, urządzamy teatrzyk, układamy puzzle, rysujemy,  bawimy się w dom. Ble, ble, ble....  Nie, to wszystko to są Wasze ulubione zabawy. Niby kreatywne, niby pobudzające rozwój i wyobraźnię Waszego Małego Przyszłego Geniusza. A jednak naszym dzieciom chyba nie do końca o to chodzi... Palec w górę kto potrafi wyluzowany patrzeć na małego artystę rysującego kredką po ścianie, na dziecko bawiące się zawartością szafek kuchennych czy z radością nieokrzesanego draba skaczące po kałużach niczym świnka Peppa? Kto razem z nim TO robi??? A właśnie takie są najwspanialsze zabawy naszych pociech. Dlaczego więc tak często zabraniamy naszym dzieciom się brudzić i brudzić (nieco) otoczenie? O co chodzi?

Dla naszego dziecka najważniejsze jest BYCIE z mamą, z tatą. Spędzamy średnio 9-10 godzin dziennie w pracy, za kierownicą, na zakupach. Dla dziecka zostaje chwila. Ile? Trzy-cztery godziny zanim zje kolację, wykąpie się i pójdzie spać. OK, w weekend moglibyśmy poświęcić swoim pociechom dużo więcej czasu. Ale... obiad się sam nie ugotuje, zakupy same nie wejdą do lodówki a pranie samo się nie rozwiesi. Nie wspomnę o prasowaniu, garach w zmywarce lub w zlewie, brudnej podłodze czy zamazanych oknach. A ponieważ ja osobiście nie jestem zwolennikiem teorii, że liczy się nie ilość, ale jakość czasu spędzonego z dzieckiem - jestem z moim dzieckiem nawet wtedy, kiedy muszę ogarnąć siebie i dom. I nie mam wyrzutów sumienia, że wieszam z nim pranie. Oczywiście staram się wieszać JA, a moje dziecko stara się je zrzucić na podłogę, no ale cóż - maluch ma fun!

Kuchnia również może być miejscem wielu wspaniałych przygód i odkryć godnych prawdziwego poszukiwacza skarbów. O ile wcześniej zatroszczymy się o to, by noże, miksery, blendery czy szpikulce do szaszłyków schować w odpowiednio wysokiej szafce a rączki od patelni wystarczjąco daleko odsunąć na dalsze palniki kuchenki - nie widzę przeszkód, by dziecko ze mną "gotowało". No bo co złego może się stać, jeśli młodzież wysypie nam na podłogę mąkę, cukier, budyń waniliowy, galaretkę cytrynową i suszone oregano? Nie, nie jest w stanie zjeść tego na tyle dużo, by się zatruć. O ile nie dopuścimy, bo na wysypaną suchą masę dziecię nasze nie wylało wiaderka wody - nie rozumiem w czym problem. Po wszystkim bierzemy odkurzacz, a dziecko wsadzamy pod kran.

Błoto - zmora wszystkich rodziców. "Tylko się nie pobrudź!" - zmora wszystkich dzieci. Zapomniał wół jak cielęciem był... Przecież nie ma nic przyjemniejszego niż skakanie w kałużach. A im więcej się błoto rozbryzga i im większy - pardon le mot - gnój w butach - tym lepiej! Czy naprawdę aż tak żal kilku par ciuchów? Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wychodzi na spacer z kilkulatkiem w białych rajstopach i sukience "kościelnej". Co więc nam szkodzi?! Oj tam oj tam ;-)

 

Jeśli już nie pozwalamy naszym dzieciom rozwijać swoich pasji malarskich na każdej jednej ścianie (co akurat jestem w stanie zrozumieć), to proszę, wyznaczmy dziecku jedną ścianę, na której może robić, co tylko mu wyobraźnia podpowie. Nie bójmy się tego - KAŻDY kiedyś zaczyna używać kredek w pozycji wertykalnej i KAŻDY kiedyś z tego wyrasta. Tylko nielicznym przenosi się ta pasja na ściany budynków użyteczności publicznej, ale to raczej w późniejszym wieku. Ja osobiście wolę mieć przez rok ściany w dziecięcych szlaczkach niż przeoczyć talent godny Banksy'ego ;-)

 

A jeżeli naprawdę musimy się skupić przez kilkanaście minut - poświęćmy 50 groszy i dajmy dziecku rolkę papieru toaletowego. Radość w oczach dziecka - bezcenna, a jedyną zasadą, jaką kieruje się dziecko w zabawie rzeczoną rolką jest "Sky is the limit!" Na szczęście nie musimy już stać godzinami w kolejkach po srajtaśmę i nie musimy taszczyć kilogramów makulatury by w zamian otrzymać 3 rolki. Więc rzućmy czasem maluchowi rolkę niczym serpentynę na Sylwestra!

 

Rodzicu! Baw się z dzieckiem - ono będzie ci wdzięczne po wsze czasy, a Ty nie będziesz w przyszłości przejmować się jego wizytami u psychoterapeuty i zamartwiać się czy zakazy z dzieciństwa były słuszne! Have fun! Trochę więcej luzu wszystkim Wam życzę, kochani!

 

16:01, countrygirl
Link Dodaj komentarz »