May you always do for others and let others do for you...
RSS
środa, 31 grudnia 2014

Nigdy nie przepadałam za Sylwestrem. Bo w Sylwka "trzeba się dobrze bawić" - wszak to ostatni dzień starego roku, noc hucznej zabawy, fajerwerków, tańców do upadłego, szampana lejącego się strumieniami, przebieranek, szmatek, figo-fago i takie tam. Ja się przebieram kilka razy w roku, czasem bez okazji - bo lubię; szampana (no, w wersji prosecco) pijam przez całe lato, potańcuję sobie niemalże codziennie no i może tylko z fajerwerkami nie jestem za pan brat, ale także i powitanie Nowego Roku może się dla mnie obyć bez rac, huku i całego tego zapalnego świństwa. A poza tym nie lubię musieć się dobrze bawić.

Nie lubię także dlatego, że to czas podsumowań, a we mnie wszelkie podsumowania wywołują coś na kształt paniki. Że coś, co było ważne - pominę. Albo że przypomnę sobie o czymś, o czym myślałam, że już dawno zapomniałam.

W telewizji od kilku lat nie ma nic ciekawego (wszak nie mam ochoty spędzić sylwestra z Polsatem, Jedynką czy TelewizjąTrwam). No a na zaszycie się z książką pod kocem z grzanym winem w dłoni też nie mam opcji, przy dwójce dzieci, które uwielbiają wszelkie zabawy, tańce, hulanki i swawole.

A jednak - myśląc o tym kończącym się roku, nie mogę o nim myśleć inaczej, jak w kategorii: TO BYŁ DOBRY ROK. Wszyscy moi bliscy są zdrowi, a w każdym razie wciąż są z nami - może bardziej pochyleni, może trochę bardziej schorowani. Ale wciąż mogę do nich wysłać kartkę z wakacji czy zadzwonić z okazji Dnia Powszedniego.

Mam wciąż tego samego kochanego i kochającego Męża, któremu może i daleko do tytułu Ojca i Męża Roku, ale każdego dnia udowadnia mi czynem - nie słowem - że jesteśmy siebie warci. Mam zdrowe i cudownie rozwijające się dzieci.

Poza tym poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy mnie zmotywowali do różnych szalonych rzeczy, o których zawsze marzyłam, ale brakowało odwagi. Gosia, Szpila - dziękuję Wam za wiarę we mnie i za postrzeganie mojego szaleństwa, jako potencjału a nie kuli u nogi. Jeszcze bardziej poznałam ludzi, którzy byli mi bliscy i okazali się być jeszcze bliźsi. Dziękuję Ci, Aga za wszystko - za to, że jesteś zawsze, nawet wtedy gdy Cię nie ma. Aneta - za wyjątkowo pozytywne wibracje, gdy jesteśmy razem. Agata, Koza - za to, że byłyście i jesteście od ponad 20 lat...

Na nikim się właściwie nie zawiodłam. Przeciwnie - utwierdziłam się w przekonaniu, że moje (lub nie-moje) wybory były dobre. Przekonałam się, że mimo zdarzających się niesprzyjających warunków mogę iść dalej i wciąż do przodu.

Postanowień noworocznych dotrzymywać nie potrafię. A marzenia lubię mieć realne. Ot - chciałabym na ten przykład mieć figurę i urodę Penelope Cruz, zmysłowość Kaliny Jędrusik, głos niczym Czubówna i dowcip jak redaktor Wojciech Mann. Tymczasem z Kaliny Jędrusik bliżej mi do jej głosu, a grację i zmysłowość "odziedziczyłam" po redaktorze Wojciechu. A z Penelope Cruz mam tyle wspólnego, co z makakami japońskimi... Także tego...

A zatem - moja lista noworocznych postanowień przypominać by mogła tę, która kilka dni temu krążyła po internecie i rozbawiła mnie do łez:

Tak czy inaczej - w Nowy Rok wchodzę w dość solidnych butach. Rok nie będzie łatwy, ale z pewnością będzie bardzo, ale to BARDZO ważny. I z pewnością ciekawy. Dużo się będzie działo. Wiele się może udać i tak samo wiele może się zawalić. Ale kto nie ryzykuje - szampana nie pije! A zatem - do dna! Za 2015 rok!

 

08:37, countrygirl
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 grudnia 2014

Czasem każdy z nas chciałby zatrzymać pędzące nieubłaganie wskazówki zegara...

Dzieci tak szybko rosną... Jedno - to młodsze - robi z dnia na dzień takie postępy, że odbierając je każdego popołudnia po pracy od Dziadków, zastanawiam się, czy to aby na pewno mój syn i jakiego chipa mu wszczepili, że tak chłonie wszystko.  Każdego dnia widzę krok milowy, który przybliża go coraz bardziej do przemiany z małego bobasa w dużego chłopca. Nowe słowa - nie, nie słowa - poprawne zwroty frazeologiczne i pełne zdania, z podmiotem i orzeczeniem. Z dnia na dzień coraz więcej empatii, zrozumienia i współpracy... Dogadujemy się. Razem czytamy, razem oglądamy bajki, razem sprzątamy. On i ja.

To starsze z kolei powoli zaczyna mieć swój własny intymny świat. Jeszcze do niedawna mogłam wejść zawsze i w każdej sytuacji do tego świata, tak jak się wchodzi do sklepu - czasem po konkretną rzecz z listy zakupów, a czasem ot tak, żeby się poszwędać i porozglądać za niczym. I zawsze (prawie) byłam w nim mile widzianym gościem. Sama mnie do niego zapraszała, prosiła o chwilę tulenia czy rozmowy, chwilę tylko dla nas, Tak po dziewczyńsku... Ostatnio jednak zaczęła jasno określać granice kiedy i na jakich zasadach mogę zaglądać do tego świata. W zależności od nastroju - widzę na drzwiach jej pokoju: zakaz wjazdu, "Welcome", ewentualnie "Wchodzisz na własną odpowiedzialność".To świat, w którym swoje zaszczytne miejsce mają przyjaciółki, tablet, smartfon, Grachi. Już nie ja. Ech, aż czasem chciałoby się zaśpiewać ze smutkiem w głosie, podobnym do tego z piosenki Starszych Panów: "Już kąpiesz się nie dla mnie w pieszczocie pian; nie dla mnie już przy wannie odkręcasz kran..."

Jednak mimo tego całego dorastania i zgiełku wokół, nadal co wieczór słyszę: "poczytasz mi?" I jest to dla mnie najpiękniejsza prośba, jaką od niej otrzymuję. Bo jest to ten czas, kiedy możemy wspólnie się poprzytulać. Wsunąć stopy pod wspólną ciepłą kołdrę. I ona znów, choć na kwadrans, może być moją mała dziewczynką, dzieckiem o twarzy dorastającej osóbki, z własnym charakterem, z pięknymi włosami i mądrymi oczami. I zdaję sobie sprawę z tego, że z roku na roku, z miesiąca  na miesiąc będę musiała się coraz bardziej starać o jej atencję. Z uporem maniaka będę o to zabiegać.

Nie ma co dramatyzować. Każdy z nas był kiedyś dzieckiem i każdy z nas zaczynał w pewnym momencie spychać rodziców na boczny tor... Z wielu rzeczy zdaję sobie sprawę dopiero teraz, gdy jestem rodzicem...

I - może to jest naiwne - ale cały czas wierzę, że wychowuję moje dzieci tak, aby trzymały mnie za rękę w ostatnich chwilach mojego życia. 


(zdjęcie pochodzi ze strony: www.photoblog.pl)

 

 

14:12, countrygirl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 grudnia 2014

OK, prowadzę bloga, jestem aktywnym użytkownikiem pewnego serwisu społecznościowego, więc generalnie wystawiam swoją gołą dupę na widok publiczny. ALE ... to takie trochę czary, a czasem bardziej mary...

W rzeczywistości nie lubię aż tak dosłownego wybebeszania swojego życia prywatnego, choć przyznaję - jeśli mam okazję pochwalić się czymś fajnym, ładnym, ciekawym, zabawnym - czemu nie. Rpbię to, licząc, że nikomu to krzywdy nie zrobi, a mi ujmy na honorze nie przyniesie. Prawdziwy kod dostępu i tak mają do mnie ci nieliczni, na których mogłam liczyć zawsze - wtedy gdy chmury czarne zbierały się nad głową, a ja byłam bez parasola i ci, którzy pomagali wstać, gdy turlałam się ze szczęścia, trzymając się za zbolałą od śmiechu przeponę nie mogąc wstać o własnych siłach.

W szczególności, nigdy nie lubiłam publicznego okazywania sobie uczuć, co uznawałam za małostkowe, śmieszne, głupie, drażniące (niepotrzebne skreślić) . Mierziło mnie bezpardonowe włażenie sobie na kolana  na przystankach autobusowych, obślizgłe całowanie się w centrach handlowch czy obmacywanie podczas reklam w kinie.

Ale ten jeden raz zrobię wyjątek. Ten jeden jedyny raz wyrzygam cała moją miłość.

Te kilka ostatnich świątecznych dni uzmysłowiło mi, że najważniejsi są dla mnie moi bliscy. Że kocham moje dzieci miłością bezgraniczną, bezwarunkową. Że dla nich i z nimi mogę robić absolutnie wszystko. Niezależnie od poziomu energii w moich osobistych bateriach. Mogę jeździć koparką po całym domu. Mogę godzinami grać w planszówki czy układać po raz dziesiąty te same puzzle. Mogę tarzać się w śniegu, trawie, skakać w błocie, wywijać piruety na przydomowym lodowisku. Mogę sto razy w tę i we w tę jeździć resorówkami po dywanie. Skakać po łóżku przed snem. Brać udział w bitwie poduszkowej. Zasnąć wspólnie, całą czwórką w jednym małżeńskim łóżku, nie kłócąc się o kołdrę - a jakże - za małą dla nas wszystkich!

Moje dzieci... Są całym moim światem. To pewnie banał, pewnie większość matek tak ma - tak czuje, tak mówi, tak myśli. Więc mówię i ja. Szczerze i otwarcie. Kocham moją Córkę i Syna. I choćby ten świat dookoła mnie miał się zawalić, to mam to głęboko gdzieś - jeśli tylko ONI będą przy mnie trwać.

PS. Na zdjęciach tylko najmłodsza latorośl, bo starsze dziecię do kina się było wybrało ;-)


                      (Zdjęcia zrobione przez mojego kuzyna - Rafała Olechowskiego)

15:16, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 grudnia 2014

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, że większość naszych kolęd bardzo miernie oddaje radosny charakter świat Bożego Narodzenia? Weźmy taką:

"Jezus malusienki, leży wśród stajenki. Płacze z zimna, nie dała mu matusia sukienki. "

Ba, w wielu kościołach nawet najbardziej żywotna z naszych kolęd, czyli "Przybieżeli do Betlejem", jest śpiewana tak, że w zasadzie można by się zastanowić, czy niektórzy przypadkiem znaleźli się na mszy 25 grudnia nie do końca wypoczęci po pasterce... Tak, to miał być eufemizm.

Nie chce mi się wierzyć, że jesteśmy takimi smutasami.

A zatem, na te zbliżające się dni, życzę Wam wszystkim przede wszystkim WESOŁYCH świąt! Pomiędzy barszczem a grzybową, pomiędzy karpiem smażonym,a pstrągiem pieczonym w folii, pomiędzy grochem a kapustą i pomiędzy setką (uszek) a galaretką (rybną-ma się rozumieć) - pomiędzy tym wszystkim znajdzie czas na szaleństwo i prawdziwą dziecięcą radość! Pograjcie wspólnie w gry, które dostanie pod choinkę Wasza córka. Pobawcie się kolejką, która dostanie od Mikołaja Wasz syn. Zróbcie sobie prawdziwe święta w re święta - dla siebie i z sobą. Bez pośpiechu. Bez niepotrzebnych słów. Z miłością..

I z radością - tak na ustach, jak i w sercach!

Wszystkim Wam, moi mili - cudownych, magicznych i bardzo szczęśliwych świąt!!!

 

02:54, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 grudnia 2014

Od zawsze święta Bożego Narodzenia kojarzyły mi się przede wszystkim ze śpiewaniem. Nie aż tak bardzo z porządkami, odsuwaniem szaf, wycieraniem kurzu spod kaloryfera czy doczyszczaniem fug kuchennych zużytą szczoteczką do zębow i sodą. Nie z zapachem piekących się pierników i aromatuem pomarańczy z goździkami. Nawet nie z kolędami, które może... kiedyś... w dzieciństwie śpiewaliśmy wspólnie, spotykając się z całą rodziną, przy babcinym świątecznym stole w dalekim Mrągowie...

Gdy byłam w liceum (a były to wczesne lata 90-te) kupiłam sobie na bazarze piracką płytę CD (jedną z pierwszych) - składankę typu The best of Christmas. A na niej - same szlagiery. Od "Jingle Bells" po "I'll be home for Christmas". Od "Rockin' around the Christmas tree" po "White Christmas". W rytm wesołych pioseneczek ścierałam kurze w moim jeszcze panieńskim pokoju, później w swoim pierwszym M-2 i w rytm tych samych wesołych dźwięków jadę na mopie sprzątając swoją wiejską chatę.

A dziś rano, jak nigdy, tusz mi spłynął po policzkach, kiedy słuchałam - jakże uwielbianą przeze mnie piosenkę  "So Happy Xmas" Johna Lennona.

Chciałabym wierzyć, że w te święta zamilkną wystrzały w Donbasie. Chciałabym wierzyć, że idioci w czarnych kominiarkach nikomu nie obetną głowy. Chciałabym wierzyć, że żadne dziecko nie straci życia podczas ostrzeliwania syryjskich wiosek...

Jednak słaba to wiara... I jakże smutno mi...

16:01, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 grudnia 2014

Rzecznik Praw Dziecka, pan Marek Michalak nieświadomie wywołał burzę. Chyba jednak jest to burza w szklance wody. Chodzi o TEN wpis.

To jak to jest z tym Świętym Brodatym? Czy dzieci mają prawo do wiary w niego, czy tez może - jak twierdzi Agnieszka Stein - mają prawo do szczerości i traktowania po partnersku?

Ja jestem zdania,że dziecko ma przede wszystkim prawo do szczęśliwego dzieciństwa. A nieodłącznym elementem prawdziwego i ciepłego dzieciństwa jest między innymi MAGIA świąt Bożego Narodzenia, objawiająca się w nasłuchiwaniu dzwoneczków, wypatrywaniu na niebie pierwszej gwiazdki czy w przyjściu świętego Mikołaja, Gwiazdora - czy jak tam go nie nazwać. Tylko rodzic pozbawiony tak zwanego "wewnętrznego dziecka" forsuje bycie szczerym z dzieckiem zawsze i wszędzie.

Powiem teraz jak kandydatka na Miss World, pragnąca za wszelką cenę uszczęśliwić świat i zbawić go od plag biedy, głodu i nienawiści. KAŻDE DZIECKO MA PRAWO DO WIARY W MIKOŁAJA TAK DŁUGO, JAK SIĘ DA. Każde dziecko ma prawo do tej chwili, gdy do pokoju wchodzi wielki grubas w czerwonej czapie, z białą brodą i z czerwonym wielkm nochalem. Przynosząc ze sobą, oprócz worka z prezentami, chłód zza drzwi i błoto lub śnieg spod butów.

I nie oznacza to, że podtrzymywanie wiary w Mikołaja jest warunkiem wystarczającym do szczęśliwego dzieciństwa. Powinien być natomiast jego odzwierciedleniem - tak samo jak wiara w to, że mama i tata są najważniejszymi i najlepszymi ludźmi na świecie, kochającymi ponad wszystko i gotowymi za wszelką cenę stanąć w obronie dziecka. Jak wiara w to, że świat jest piękny, kolorowy i dobry, że wszystkie dzieci są szczęśliwe i że wojna to taka ekscytująca zabawa małych i dużych chłopców na karabiny z patyków. Nie zabierajmy dzieciom tego czaru choć jeszcze przez chwilę...

16:09, countrygirl
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 grudnia 2014

Mówią niektórzy, że w dzisiejszych czasach dziecko to luksus, na jaki pozwolić mogą sobie tylko najbogatsi. Ja parafrazuję te słowa i mówię: "posiadanie jednego dziecka, gdy standardowo na co dzień ma się pod opieką dwójkę, to dopiero jest luksus!"

Tak, starsze dziecko mi wyjechało.... Wyjechało na tydzień, z dziadkami, a matka została sama ze swoimi smutkami i rozterkami. Przechlipałam cały sobotni wieczór, ale na szczęście smutek i żal, i pustkę po wypoczywającym dziecku wypełniło błogie lenistwo, bumelanctwo i totalne niedzielne rozleniwienie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam dla siebie tyle wolnego. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przechodziłam całą niedzielę w piżamie i szlafroku, nieuczesana i nieogarnięta. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mogłam spokojnie i bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia położyć się z Młodym i zasnąć w ciągu dnia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mogłam bez pośpiechu wypić poranną kawę, poczytać w spokoju, bez kłótni i bez słuchania "mamooooo!!!!". Kiedy ostatnio stać mnie było na luksus zjedzenia na obiad sardynek w pomidorach z kromką suchego chleba i czytania bzdurnych gazet w łóżku, z synem jeżdżącym kolejką po kołdrze...

W tym tygodniu zatem mam luz totalny.

Czas na spokojne poukładanie w szafach, popakowanie prezentów świątecznych, posprzątanie domu, wykrawanie i dekorowanie pierniczków, lepienie pierogów, pieczenie pasztetów. I takie tam...

Buahahahahaha!!!!!

16:04, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 grudnia 2014

Chyba każdy z nas od kilku dni kibicuje małemu Adasiowi. Dwulatka skrajnie wyziębionego znaleziono w niedzielny poranek. Wyszedł sam z domu, w nocy, tylko w piżamce. Spędził na zewnątrz ponad 6 godzin. Gdy go znaleziono pod stertą liści, temperatura ciała małego Adasia wynosiła zaledwie 12,7 stopni Celsjusza.

Być może część z Was rzuciła już gromy na babcię, pod której to opieką był malec.  A część pewnie nawet na rodziców, że jak to tak - podrzucać babci zamiast samemu się opiekować! Pytacie jak można doprowadzić do tego, że dziecko samo wyszło niezauważone w nocy. A zatem, spieszę Wam moi drodzy z odpowiedzią, dlaczego takie rzeczy naprawdę są możliwe. Szczególnie polecam wszystkim tak chętnie kamieniami rzucającym.

1. Jeśli ktoś mieszka w bloku, na trzecim piętrze, jest rodzicem bardzo nowoczesnym - w każdym tego słowa znaczeniu, to tak - trudno zrozumieć fakt, że małe dziecko może samo wyjść z domu. ALE,mieszkanie w domu, na wsi to ZUPEŁNIE co innego. Dzieci mieszkające w bloku przyzwyczajone są do ciągłego bacznie ich obserwującego oka rodzica. Mama i tata widzą absolutnie wszystko, a jak się już trafi dłuższa chwila milczenia - nie oznacza ona nic dobrego i rodzice są przy dziecku w przeciągu sekundy. Dzieci mieszkające na wsi przyzwyczajone są do przestrzeni. Wszystko, co jest nie tylko w domu, ale i poza nim jest dla nich rzeczywistością codzienną. Latem drzwi - czy to frontowe, czy też tarasowe, są otwarte cały dzień.

2. Jak można nie zamknąć drzwi na noc? No cóż... I znów mamy ten blok, odruch zamykania się przed wszystkim i wszystkimi w swoich czterech ścianach... Na wsi jesteś wśród ludzi i z ludźmi żyjesz. Żyjesz z otoczeniem. Nie zamykasz się przed światem. OK, zamykamy drzwi na noc, żeby nieproszony gość nam nie wszedł i nie przytulił sobie naszego dobytku, ale generalnie nie ma chorobliwego sprawdzania czy wszystko zamknięte na trzy spusty.

3. Czy dwulatek może sam dosięgnąć klamki? Mój prawie dwulatek nie dosięga, ale to PRAWIE dwulatek - za trzy miesiące może dosięgnie... A inna rzecz,że w standardowych drzwiach pewnie by nie dosięgnął, ale pamiętać należy, że Adaś spędził noc u babci. Może mieszkała w starym dom? Może miała niskie stropy, a w związku z tym niższe drzwi i niżej osadzone klamki...

4. Jak można nie zauważyć / usłyszeć wyjścia dziecka z domu? Otóż można. Są osoby z twardym snem. Babcia była U SIEBIE, nie spała w obcym domu, w obcym łóżku. Nie miała powodu do tego, by wiercić się niespokojnie i przewracać z boku na bok. Wstała w nocy, przewinęła wnukowi pieluszką, zobaczyła że śpi i sama wróciła spać. Dziwne? Nie sądzę... Chłopiec nie płakał, tylko lunatykował. Obudził się w nieswoim łóżeczku, w nieswoim pokoju...Chciał wrócić do domu, do mamy i taty, nawet jeśli robił to w półśnie.

Współczuję rodzicom, bo pewnie mają moralniaka, bo pewnie wyrzucają sobie, że zostawili dziecko u babci a sami... Hmmm...może poszli do kina, może spotkali się ze znajomymi, a może po prostu się porządnie wyspali. Egoiści.

A nade wszystko nie umiem postawić się w położeniu zdruzgotanej babci (która o ile mi wiadomo przebywa na oddziale psychiatrycznym, bo nie specjalny jest z nią kontakt). Żal mi ogromnie tej kobiety. 

A zatem - nie każda dziecięca tragedia to wynik patologii, braku dojrzałości psychicznej i alkoholu. Czasem rzeczy dzieją się po prostu same i są splotem wręcz niebywałych przypadków. Naprawdę, nie wszystko da się przewidzieć. Choćbyśmy wyprzedzali nasze dziecko o trzy kroki naprzód - ono może czasem zrobić nagły zwrot...

Za Adasia trzymam kciuki. Jak mówią lekarze - ma bardzo silny organizm i ogromną wolę życia. Wygląda na to, że wszystko idzie ku dobremu. Wierzę bardzo mocno, że to będzie historia z happy-endem. I że 24 grudnia Adaś, wraz ze łzami swoich najbliższych, przyjmie cudowne imieninowe życzenia!

 

16:09, countrygirl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 grudnia 2014

No i mamy po listopadzie. Dziś zaczął się grudzień i czas przyspieszył. Jak co roku, w połowie grudnia złapię się za głowę, zdziwiona jak ten czas przedświąteczny się skurczył... Ale jak co roku, tak i teraz, z niecierpliwością czekam na wszelkie świąteczne akcenty. Czekam, bo moje wewnętrzne dziecko, które mam w sobie wciąż bardzo silne i od lat pielęgnowane, przebiera nóżkami na dźwięk każdego świątecznego dzwoneczka, na skrzący się śnieg pod butami i na zapach świerkowego drzewka wnoszonego do domu. Nawet jeśli za oknem jeszcze wciąż listopadowa szaro-burość...

A zatem, po kolei...

Czekam na świątecznego Trójkowego "Karpia" (już jest!!!).

Czekam na pierwsze Last Christmas w radiu (jeszcze nie słyszałam).

Czekam na Power of Love w wigilijnym Teleexpressie.

Czekam na reklamy z ciężarówką Coca Coli ("Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta...").

Czekam na pierwsze opady śniegu, które jak co roku zaskoczą drogowców.

Czekam na zapach przypraw korzennych z ciepłych pierniczków, pomieszany z aromatem plasterków pomarańczy suszących się nad kominkiem, by ostatecznie zawisnąć na choince (o to już już - wczoraj piekliśmy pierwsze pierniki).

Czekam na nocne pakowanie prezentów, po cichutku, niemalże po ciemku, by nie obudzić tych, którzy w Mikołaja jeszcze cały czas wierzą.

Czekam na widok uprasowanej małej białej bluzki, która na tydzień przed Wigilią zawiśnie i będzie czekać na swój świąteczny moment.

Czekam także na wyprasowaną błękitną koszulę w rozmiarze 86 cm (koniecznie z muchą!).

Czekam na widok skórek od jabłek, wijących się bez końca, zakwaszających zaczyn barszczowy, który od lat, przygotowuję w stylu vintage - bez szczypty sztuczności i kupnych mieszanek.

Czekam na przedświąteczne porządki, które odbywają się w rytm amerykańskich szlagierów takich jak "Walking aroun' the Christmas tree" czy "Santa Claus is coming to town".

Tymczasem, nie mogąc się doczekać świątecznego klimatu i mając na uwadze przychodzącego już za kilka dni Mikołaja, postanowiliśmy wczoraj wykonać pierwszą partię bożonarodzeniowych pierniczków, pieczonych od lat niezmiennie wg tajemngo przepisu Pani Krystyny. Do ich wykonania polecam wykorzystać nie tak tanią za to wciąż bardzo chętną do TAKIEJ pracy - dziecięcą siłę roboczą.

15:39, countrygirl
Link Komentarze (2) »