May you always do for others and let others do for you...
RSS
wtorek, 16 kwietnia 2013

Nie jestem EKO-mamą. Nie piorę w orzechach, nie jem bio-marchewki z certyfikowanych pól wolnych od pestycydów, nie myję się owsianką, nie pijam mleka od szczęśliwych krów i nie używam dla malucha pieluch wielorazowych z włoknem bambusa. I żeby nie było wątpliwości - nie mam nic przeciwko tego typu postawom. Niechaj każdy żyje jak chce i nie próbuje przekonać na siłe drugiej strony, że jest nienormalna. Amen. Jestem natomiast z całą pewnością EGO-mamą; moje potrzeby uważam za tak samo ważne, jak potrzeby małych ssaków, które pojawiły się w moim życiu. Nie jestem zwolenniczką przekonań, że posiadając dziecko, MUSIMY  na ładnych kilka lat zrezygnować z siebie, że swoich pasji, rozrywek, marzeń i pragnień.

 

Zatem z powyższego ego-powodu (a jest nim mój osobisty ból pleców po kilkugodzinyym noszeniu na rękach mojego Małego Księcia) - otóż dla dobra tychże plecków - nabyłam kilka metrów bawełniano-lnianego materiału, zwanego chustą. I nagle coś się zmieniło... Nagle zrozumiałam, o co chodzi w teorii, głoszącej bliskość matki z dzieckiem. Dla mnie oznacza to właśnie TE chwile, kiedy jesteśmy tylko my - ja i Ono. To Małe, co niedawno było w moim brzuchu, tuż pod sercem, kopało w wątrobę i nie dawało spać. Teraz to Małe jest tak samo ułożone, taka sama żabka, tyle że po drugiej stronie brzucha. Otoczone szczelnie jak kokonem, mocno przylegające swoim wątłym ciałkiem do mojego. Wiem, że słyszy to samo bijące serce, które słyszało przez ostatnie miesiące. Wiem, że mu ciepło i bezpiecznie. Czuje ten sam zapach, który czuje każdego dnia będąc przy piersi... Tak, wierzę, że cywilizacje pierwotne wymyśliły coś naprawdę pięknego i magicznego...

Kurcze, no - wzruszyłam się... Post łzami zalany...

11:16, countrygirl
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Ponieważ Kalafior wymaga i przez najbliższe kilka miesięcy wymagać będzie bliskości głównie w trybie ręcznym (jakkolwiek by to nie zabrzmiało), moje plecy dają już znać o sobie. Oczywiście, przytulanie taakiego słodziaka jest czymś niezwykle miłym i mleko samo leci, ale...noszenie przeszło pięciokilowego człowieka przez kilka godzin dziennie...no, żaden kręgosłup by tego nie polubił. Zatem, postanowiłam za licznymi namowami męża mojego i kręgosłupa mojego COŚ z tym zrobić.

Zapisałam się więc na jogę. Miało być tanio, blisko i w piątki. No i znalazłam zajęcia... w osiedlowym klubie przy jednej z toruńskim spółdzielni mieszkaniowych;-) Wchodzę ci ja na salę, a tam...panie w wieku emerytalnym lub lekko przed. Myślę sobie, well, przynajmniej się nie nadwyrężę. A tu - niespodzianka! Wprawdzie towarzystwo było na różnym poziomie zaawansowania, ale prowadzący nie przejmował się ani wiekiem zacnych pań, ani ich kondycją. A w dodatkuy, jedna z pań, o gabarytach wskazujących na wysoki współczynnik złego cholesterolu, spowodowała u mnie opad szczęki to poziomu ground zero. Otóż takich asanów, jakie ona wykonywała, nie potrafił nikt poza nią i prowadzącym. Rozciągnięta Pani Gumisiowa wprawiła mnie w zdumienie i podziw. Wielkie WOW!!!

Tak więc 20 zł wydane na miesięczny karnet niechaj będzie dobrą inwestycją w moje dobre samopoczucie, proste plecy i udany początek każdego weekendu;-)

Pozostając w klimacie, piosenka, której nie słyszałam wieeeeeeeki całe...

21:00, countrygirl
Link Komentarze (4) »