May you always do for others and let others do for you...
RSS
wtorek, 21 maja 2013

Kalafior obudził mnie dziś o 5 rano. Od jakiegoś czasu przesypia już cała noc, zasypiając o godz. 20 i budząc się ok. godz. 5. Poranek był przepiękny. Ptaki, wijące gniazda pomiędzy belkami dachowymi i te, wabiące swoje partnerki dawały taki koncert, że aż sie w głowie kręciło. Promienie słoneczne pieściły twarz i było to równie przyjemne, jak wiatr delikatnie dmuchający poprzez uchylone okno. Zapowiadało się pieknie...

A jednak dzisiaj jest smutny dzień. Smutny dla mnie i zapewne dla miliona fanów Doorsów na całym świecie. Odszedł Ray Manzarek. To ten, którego klawisze słychać przez kilka minut w "Light my fire"...Ten, który prowadził mnie za rękę wraz z Jimem Morissonem od "Break on through" aż do "Riders on the storm". Ten, który był - podobnie jak JM - żywą legendą za życia. Z tą różnicą, że miał szczęście (???) dożyć 74 lat...

PS. Jakieś duchy z przeszłości odwiedzają mnie / nas ostatnio - nie macie wrażenia? Janis Joplin zmartwychwstała (tutaj), w sobotę odszedł Marek Jackowski (ma w końcu błekitne niebo - teraz nic mu już więcej nie potrzeba...) a dziś odszedł Ray. Jestem pewna, że Jim się cieszy z tego spotkania... Znów są razem...

 

 

10:04, countrygirl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 maja 2013

Źle znoszę temperatury powyżej  stopni, a tymczasem od paru dni już o godz. 9 rano Celsjuszowy licznik pokazuje 23 kreski w cieniu… Upał jak diabli… Czy to wiosna czy też coś mi się pokręciło???? Co tu robić? Siedzieć w czterech ścianach, gdy ma się ogród i las na wyciągnięcie ręki?

Ale nie o tym miało być. Miało być o poniedziałkowym programie Tomasza Lisa, w którym gośćmi byli państwo Terlikowscy i ksiądz, którego nazwiska nie pamiętam. A szkoda, bo mądrze prawił. I co ważniejsze – bez skrajnych emocji. I żeby było jasne – obie strony były przeciwne tej metodzie jako metodzie poczęcia, ale retoryka Tomasza i Małgorzaty Terlikowskich woła – nomen omen – o pomstę do nieba! Słowa takie jak: „morderstwo, zabójstwo, eksterminacja nienarodzonych, eugenika (sic!!!) – to według wyżej wymienionych słowa absolutnie na  miejscu w odniesieniu do par, które rozpaczliwie pragną dziecka i chwytają się każdej zgodnej z prawem metody. Ich koronnym argumentem było, że skoro Bóg nie chciał ich obdarzyć potomstwem W SPOSÓB NATURALNY, to ich mieć nie powinni. I tak oto nasunęło mi się pewne rozumowanie…

Nie jestem teologiem, więc mogę się mylić, ale o ile mi wiadomo z lekcji religii TYLKO Pan Bóg ma moc sprawczą w dziedzinie początku życia ludzkiego. Zabić może również szatan, ale to czy do życia zostanie powołana  nowa dusza – to już leży tylko i wyłącznie w gestii Boga. Czy tak? Moim zdaniem tak. No więc, skoro Bóg „zgodził się” i doprowadził do zaistnienia życia poczętego na szkiełku w laboratorium medycznym – to jakimż to prawem katolik ma prawo (czelność?) to krytykować? W końcu to dziecko jest także Bożą istotą, bez żadnej bruzdy, nie zwichrowane genetycznie itp.

Wywiad z panią Terlikowską – między innymi na temat metod poczęcia – czytałam niedawno w Wysokich Obcasach (dla zainteresowanych – tutaj).
Wywiad skądinąd bardzo dobry, świetnie się go czyta i nie sposób odmówić pani Małgorzacie swoistej logiki. Niemniej jej świat i światopogląd,  to zupełnie nie moja bajka… I jakkolwiek uważam, że fajnie jest być konsekwentnym rodzicem i pokazać dziecku świat inny, jakąś alternatywę dla całego tego gównianego blichtru, którym jesteśmy otoczeni ze wszystkich stron, to twierdzenie w stylu: „Jeśli by moje dziecko okazało się mieć skłonności homoseksualne, to uznałabym to za swoją porażkę wychowawczą” podniosły mi znaaaaacząco ciśnienie. Gdzież tu „wina” rodzica? Gdzież tu w
ogóle wina? OK, rozumiem, że można się wstydzić , no ale chyba moim zadaniem, jako rodzica, jest przede wszystkim kochać dziecko – bez względu na
okoliczności, bez względu na jego uczynki? W końcu nawet seryjni mordercy mają matki, które je kochają (no, chyba że taki delikwent zabił wcześniej swoją matkę).

Tymczasem, z zupełnie innej beczki, Młody zaczął nadmiernie interesować się wszystkim, przy jednoczesnym ograniczeniu swego snu dziennego do absolutnego minimum, czyli coś na oko - 3 półgodzinne drzemki. Dodam jeszcze, że odmówił definitywnie i nieodwołalnie obecność smoczka-uspokajacza w swojej buziulce i jedynymi „rzeczami”, z którymi jeszcze jako tako usypia są mój cyc lub jego pięść.

13:43, countrygirl
Link Dodaj komentarz »