May you always do for others and let others do for you...
RSS
piątek, 28 czerwca 2013

Mąż mój i ojciec dzieci moich - dwa w jednym - wyjechał SAM. Ja też lubię czasem pobyć SAMA, jednak dla mnie i dla niego to słowo ma zgoła inne znaczenie. Dla niego SAM oznacza liczbę pojedynczą. SAM - czyli TYLKO JA. Dla mnie zaś najczęsciej słowo SAMA oznacza BEZ NIEGO - za to z całym dobrodziejstwem inwentarza. A zatem zostałam SAMA - z Młodą, Kalafiorem, psem, kotem, domem i ogrodem. No ale nic to - cierp ciało, jakożeś chciało;-)

Z tej oto okazjo, przypomniał mi się pewien nostalgiczny i jakże prawdziwy tekst. Odszukawszy go w przepastnych archiwach netu, niniejszym oto go przytaczam, za eioba, ku pokrzepieniu wszystkich kobiecych serc! Tak - jesteśmy wielkie!!!!

Rodzice oglądali telewizje i mama  powiedziała:

„Jest już późno, jestem zmęczona, pójdę spać”.

Poszła do kuchni zrobić kanapki dla nas na jutrzejszy lunch,  wypłukała kolby kukurydzy, wyjęła mięso z lodówki na dzisiejszą kolację, sprawdziła ile jest płatków śniadaniowych w puszce, nasypała cukru do  cukierniczki, położyła łyżki i miseczki na stole i przygotowała ekspres do  zaparzenia kawy na jutro rano. 

Sprzątnęła ze stołu pozostawioną grę, postawiła telefon na ładowarkę i odłożyła na półkę książkę, powiesiła ręcznik do  wysuszenia.

Potem ziewnęła, przeciągnęła się i poszła do  sypialni.

Zatrzymała się przy biurku i napisała kartkę do nauczycielki,  odliczyła trochę kasy na wycieczkę w teren i wyciągnęła podręcznik schowany pod  krzesłem. 

Potem zmyła twarz mleczkiem „trzy w jednym”, posmarowała się kremem „na noc i przeciw starzeniu”, umyła zęby i opiłowała  paznokcie.

Ojciec zawołał: „Myślałem, że poszłaś do łóżka”.

„Właśnie idę” – odpowiedziała.

Wlała trochę wody do miski psa i wypuściła kota na dwór, a potem  sprawdziła czy drzwi są zamknięte i czy światło na zewnątrz jest zapalone.

Zajrzała do pokoju każdego dziecka, wyłączyła lampki i  telewizory, powiesiła koszulki, wrzuciła brudne skarpety do kosza i krótko  pogadała z jednym z dzieci, jeszcze odrabiającym lekcje. W swoim pokoju kobieta  nastawiła budzenie, wyłożyła ubranie na jutro, naprawiła stojak na  buty. 

Dopisała 3 rzeczy do listy 6 najważniejszych czynności do  wykonania. Pomodliła się i wyobraziła sobie, że osiągnęła swoje  cele.

W tym samym czasie mężczyzna wyłączył telewizor i oznajmił „w powietrze”: „Idę spać”.

Co też bez namysłu uczynił.

 

14:50, countrygirl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 czerwca 2013

Okres wakacyjny to czas powtórek. Powtórek telewizyjnych mniejszych lub większych gniotów. A wśród nich – dwa seriale, które traktuję jako jedyny pewny i w miarę stały punkt mojego dnia. To „Czas Honoru” i „Rodzinka.pl”. No więc dziś o „Rodzince”. Lubię ten serial, choć nie jest do końca realny. Nie znam wielu takich rodzinek, ale wzbudzają we mnie mega pozytywne emocje. Lubię, bo to moje poczucie humoru. Lubię, bo fajne i ładne dzieciaki tam grają. Lubię, bo Ludwik Boski jest moim ideałem faceta – niezbyt przystojny, za to dobry mąż i ojciec, któremu nie trzeba palcem pokazywać i z dużym poczuciem humoru i optymizmem. A nasza torunianka – Natalia Boska – ma świetną figurę, frustrację na moim poziomie i duży dystans do siebie.

Każdy ma coś, do czego tęskni. Każdy ma gdzieś swój port, w którym jego dusza i jego umysł – po długiej i trudnej podróży, po burzach i sztormach – mogą znaleźć ukojenie i dobry sen.  Kiedy zamyka oczy, wraca do przyszłości, by czekać na swój znany-nieznany ląd…  Każdy ma swoją Amerykę, która pewnego dnia ujrzy na horyzoncie Santa Marię, Pintę i Niñę…

17:53, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 czerwca 2013

Nie pamiętam z okresu wczesnego dzieciństwa, aby moi rodzice czytali mi książki. Po pierwsze - nie było akcji "Cała Polska czyta dzieciom". Po drugie - no cóż, chyba były inne czasy. A może taka była specyfika mojego domu rodzinnego? Tak czy inaczej - książki w moi domu czytało się samodzielnie i tyle.

Może właśnie z powodu tego dziecięcego niedosytu obcowania w "trójkącie": Mama (lub Tata) - książka - i ja, od zawsze miałam ambicje, aby moim dzieciom od najmłodszego wpajać ideę wspólnego czytania i szacunku do książki w ogóle. Wszak mówi się, nie bez kozery, że książka to nasz najlepszy przyjaciel. Pocieszy, nauczy, rozbawi, wzruszy, w dalekie podróże zabierze, jest zawsze obok... Młodej czytamy od zawsze. Codziennie. Musi się stać coś naprawdę wyjątkowego, żeby odstąpić od tej reguły. I muszę przyznać, że stało się to dla mnie nie mniej przyjemnym nawykiem (żadnym obowiązkiem!) niż dla niej. To dzięki temu wspólnemu czytaniu, mamy za sobą nie lada kawał światowej i polskiej literatury dziecięcej, mimo młodego wieku. A dzięki temu, Młoda bardzo szybko nauczyła się mówić, i to mówić pięknymi pełnymi zdaniami, z bogatym słownictwem. Myślę, że także w dużej mierze dzięki temu jest osobą niezwykle empatyczną (choć to akurat czasem jej może przeszkadzać w normalnym funkcjonowaniu).

Kiedy przechadzam się pomiędzy półkami z książkami, to mam ochotę tam zamieszkać na tydzień. No cóż, finanse mi nie pozwalają na to, by nabyć drogą kupna wszystkie książki, o których marzę. I pomimo tego, że większość obecnie wydawanych książek dla dzieci to chłam, bazujący na licencjach Disney'a, Hasbro czy Pixar, to można znaleźć prawdizwe perełki. I to także nasze - polskie. Taką książką jest np. "Tato, a dlaczego?" Wojciecha Mikołuszko. Książka, którą obecnie można nabyć tylko poprzez internet lub na specjalne zamówienie. Książka, która w sposób wyczerpujący odpowie na dziecięce pytania, w stylu: "dlaczego puszczamy bąki?" , "po co nam gęsia sórka?" czy "dlaczego płatki w mleku się przyciągają?" Przy okazji i my - rodzice - dowiemy się wielu ciekawych rzeczy o naszym świecie.

Kolejną książką, w której absolutnie się zakochałam jest "Bon czy ton, czyli savoir vivre dla dzieci" mojego ulubionego ostatnio autora dziecięcego - Grzegorza Kasdepke. Wiem, wiem - GK pisze już od lat dla dzieci, ale jakoś ostatnio dużo go czytam za pośrednictwem magazynu GAGA (także tutaj)(notabene, jedynego magazynu parentingowego, który uwielbiam i który czytam nałogowo od deski do deski). Zatem z książki "Bon czy ton..." nasze dzieci (i my rodzice także!!!) dowiemy sięmiędzy innymi, dlaczego nie należy w towarzystwie bekać, dlaczego trzeba mówić dziękuję, proszę i przepraszam oraz dlaczego niekulturalnie jest prosić o autograf...na brzuchu;-) Patrząc na dzisiejszą młodzież - mniemam, że pozycja warta zgłebienia ;-)

A tymczasem... Od soboty na tapecie są przygody rodziny z ulicy Czereśniowej, numer 17. To właśnie tam pewnego dnia, wiatr ze wschodu przywiał ekscentryczną opiekunkę Mary Poppins... Młoda zachwycona, ja - czytam jej z wypiekami na twarzy...

 

 

 

 

10:20, countrygirl
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 czerwca 2013

Może wstyd się przyznać, ale w ubiegłą sobotę (dopiero - sic!!!!!) po raz pierwszy w życiu doświadczyłam rewolucji technologicznej ... sprzed kilku lat. Otóż wybrałam się z moją 6-letnią latoroślą na seans w 3D. No ja wiem... Że to obciach, zacofanie, żenła, nie do pomyślenia itepe, itede. No ale ten typ tak ma. W kwestiach technologii nigdy nie byłam ani zbyt lotna, anie nie interesowało mnie to wcale a wcale. Z duchem czasu nie idę, niestety, czego dowodem jest choćby odkurzony ostatnio adapter. Od dwóch tygodni więc cały dom rozbrzmiewa skrzypiącymi spod igly rowkami, a wraz z nimi - Scott Joplin i Władimir Wysocki na przemian z Armią i Dezerterem. Ba! Znalazły się nawet przeboje San Remo!

Wracając do technologii XXI-go wieku. Film animowany nosił tytuł "Tajemnica Zielonego Królestwa". I jakkolwiek uwielbiam takie fajne proekologiczne edukacyjne historie familijne, to nie leśna tematyka mnie urzekła tym razem, ale właśnie 3D. Już w trakcie reklam przed seansem, siedząc z okularami na nosie, przeżywałam istne szaleństwo, śmiem mniemać, że bardziej niż jakikolwiek inny dzieciak w kinie - no, może z wyjątkeim Młodej, która też pierwszy raz widziała TAKI film ("Mamo, mamo, tik taki na mnie lecą!!!!!!"). A kiedy film się zaczał i zaczęły mi latać nad głowami owady i leśne ludziki, to emocjonalnie przeniosłam się 20 lat wstecz i poczułam się jak dzieciak, który całe dzieciństwo słuchał kaset na Kasprzaku i nagle dostał wieżę stereo i płyty CD!!!! Nie, no istny szał, kosmos, mega!!!!

12:13, countrygirl
Link Komentarze (5) »
środa, 05 czerwca 2013

Od wczoraj jestem mega naładowana pozytywna energią. Wiem, wiem - szurnięta jestem, bo kto przy zdrowych zmysłach, mając taką pogodę za oknem, miałby chęć do życia i działania na wysokich obrotach. Otóż JA! I jak wiadomo wszystkim tym, którzy mnie znają, każdego dnia z uporem maniaka wcielam w życie moje życiowe motto "Tylko wariaci są coś warci!". W tym sensie - jestem warta milion dolarów;-)

Otrzymałam wczoraj maila. Wspaniałego. Z pewną propozycją nie do odrzucenia. Mam szansę na zrobienie czegoś pięknego, pozytywnego, w dodatku czegoś, o czym zawsze marzyłam. Traktuję to ambicjonalnie, chcę wziąć udział w tym projekcie. Proszę tylko, żeby doba wydłużyła się chociaż o dodatkowe 2-3 godziny... Jeśli to jest uśmiech (a nie chichot) losu, to jestem mojemu przeznaczeniu bardzo wdzięczna za wszystko, czego dotychczas doświadczyłam. Za wszystkie dobre i złe chwile, za wszystkie radości i łzy. Za wszystkich ludzi, których los postawił na mojej drodze i dzięki którym jestem tym, kim jestem i jestem w tym miejscu, w którym jestem...

PS. Wierzę, że dobra energia powraca! Nie - nie wierzę w to. Ja to widzę i odczuwam na własnej skórze każdego dnia. Każde życzliwe słowo, każdy miły gest, każdy uśmiech i każde dobre życzenie, które wysyłam w świat powraca do mnie. I dzięki temu mam wokół siebie - fizycznie i mentalnie - cudownych ludzi, którzy mnie jeśli nie kochają, to przynajmniej bardzo lubią i szanują.

09:20, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 czerwca 2013

Chociaż telewizję oglądam niezmiernie rzadko (a może właśnie dlatego, że rzadko oglądam), mam to szczęście, że trafiam na perełki. Tak też było wczoraj późnym wieczorem, kiedy to zmęczona długim weekendem, pełnym zmienności, gości i radości, natknęłam się na film „Sen o życiu. To biograficzny film dokumentalny o i z udziałem Patti Smith oraz jej najbliższych. Film, który powstał w wielu miejscach, w wielu okresach, w różnych momentach życia artystki. Od czasu książki „Poniedziałkowe dzieci”, która poruszyła mnie do koniuszków nerwów jestem wielką fanką tej kobiety.  Jezu, jak brzydka – tak wielka!!!  Patti Smith z pewnością nie mieści się w żadnych kanonach kobiecości, w zasadzie to patrząc na nią ma się wątpliwości, jaka to płeć, ale kto by się tym przejmował, czytając jej poezję, czy słuchając jej głosu. Nie mogę wprost uwierzyć, jak przejmująco ciepły jest jest śmiech, jak promienieje jej twarz, gdy się uśmiecha, jak miękki i przyjemny dla ucha jest jej głos, kiedy mówi… W filmie jest taka scena, kiedy Patti Smith, stojąc na scenie , czyta wiersz Alana Ginsberga i płacze… Poryczałam się razem z nią. Nie dlatego, żeby wiersz mnie jakoś poruszył. Poruszyła mnie ona, stojąca przed tłumem, z tomikiem poezji w dłoni, roniąca łzę za łzą  z łamiącym się głosem.

I jeszcze jedna scena, którą jeszcze dziś widzę, gdy zamykam oczy… Patti stoi na ganku swojego rodzinnego domu, wraz ze swoim ojcem patrzą na ogród i wspominają każde zasadzone w dzieciństwie drzewo, krzak… Głaszczą psa… Wspominają wiewiórki, które tata za młodu dokarmiał… Na koniec Patti mówi: „wejdźmy tato do środka, napijemy się kawy”. Nie umiem tego wyjaśnić żadnym racjonalnym określeniem, ale w tych słowach zawarta była cała miłość, cała wdzięczność, cała jej dziewczęcość i niewinność... Mam taką przebitkę w głowie – chciałabym, aby moje dzieci za 30-40 lat przyjechały do nas i – wspominając radosną twórczość ogrodową – z taką samą miłością powiedziały: „wejdźmy do domu – napijemy się kawy”…

09:49, countrygirl
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 czerwca 2013

Dziś jest Dzień Dziecka. I dziś będzie krótko, bo lecę spędzić czas z moimi dziećmi. I możliwe, że będzie patetytcznie i nudno i żałośnie do zrzygania. No cóż - każdemu wolno. Dziś chciałam powiedzieć, że jestem cholernie szczęśliwa z faktu, że jestem mamą i że mam dwójkę wspaniałych dzieci, z których jestem bardzo, ale to BAAARDZO dumna!

Kocham Was moje Robaczki !

PS. Piosenka przewrotnie, bo to nie jest wcale mournful ani sad day ;-) Po prostu wieki nie słyszałam tej piosenki, a uwielbiam ją!

13:30, countrygirl
Link Dodaj komentarz »