May you always do for others and let others do for you...
RSS
sobota, 23 lipca 2011

Dzisiejszej nocy nasza Ruda wydała na świat 5 kociąt. Są śliczne,malusieńkie i takie nieporadne...Ruda wygląda na zmęczoną, więc tak naprawdę zajrzeliśmy do nich na krótką chwilkę, żeby nie przeszkadzać. Nie robiłam zdjęć, bo koty to nie ludzie-nie chcę brutalnie ingerować w ich intymny świat-niech się nacieszą sobą, ja nie jestem im potrzebna do szczęścia...

12:54, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 lipca 2011

 

Nigdy w życiu nie jadłam kaszy jaglanej, cały rok czekałam na czarne porzeczki i pomidory malinowe i wieki całe nie przyrządzałam sałaty ze śmietaną. A tu proszę, tyle szczęścia naraz! Jak zwykle w weekend realizowałam się kulinarnie - buszowałam po rynku, gdzie u pana Jana dostałam świeże, krzakiem pachnące porzeczi, pomidory, ogórki i inne specjalności z ekologicznego ogródka. I ogórek małosolny w gratisie ;-)

 

W weekend mogłabym nie wychodzić z kuchni. Mogłabym eksperymentować, próbować, wymyślać, łączyć nowe smaki a potem tylko się rozkoszować...

 

15:48, countrygirl
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 lipca 2011

Wczoraj minęło dokładnie 40 lat od dnia, w którym odszedł Jim Morisson. Czy był/jest moim idolem? Jako poeta - z całą pewnością, bo lubię pokręcone osobliwości. Muzycznie - tak, choć geniuszem nie był; głos miał ciekawy, aczkolwiek nie wybitny; rewolucji specjalnej w muzyce także nie dokonał. Ot, po prostu kilkanaście świetnych kawałków i legenda z racji przedwczesnej śmierci. To oczywiście tylko moje zdanie.

 

Tak czy inaczej, owa legenda Jima Morissona odżyła we mnie wczoraj wieczorem, kiedy to w trójkowym Minimaxie wspominano Idola...Do tego szklaneczka mojito - ostatnio mój faworyt...Miło było...

 

No i kilka wspomnień minionego weekendu. Miało być morze - było morze. Wprawdzie, nie zdecydowaliśmy się na wyjazd pod namiot, ale wyprawa "na partyzanta" była nie mniejszą frajdą. A z powodu burzowych prognoz, wolnych kwater było pod dostatkiem. Było...fantastycznie! Nie lubię lansu nadmorskiego, dzikich tłumów, głośnej dyskotekowej muzyki i wszechogarniającego smrodu spalonych frytek i ryb smażonych na starym oleju. TEGO WSZYSTKIEGO NIE BYŁO! Były za to spacery brzegiem plaży w kaloszach i w sztormiakach, były oczywiście gofry z bitą smietaną, były świeżutkie, pachnące morzem flądry. A wczoraj, z racji całkiem już ciepłego dnia, pozwoliłam Młodej zamoczyć nogi, no i skacząc przez fale, mokra była do pasa;-) I ten wrzask, kiedy siłą wyciągaliśmy ją z wody... No tak, ale to był incydent, ale i tak uważam, że mam złote dziecko! I najwspanialszego na świecie męża!

14:40, countrygirl
Link Komentarze (6) »