May you always do for others and let others do for you...
RSS
środa, 27 października 2010

Każdy z nas ma zapewne taką książkę, która kojarzy mu się ze wszystkim co najlepsze i najpiękniejsze. Książka – piorun. Książka, która być może coś zmieniła w życiu czytelnika. Książka, którą gdy się zamyka, to się wie, że się do niej wróci…Bo nie sposób ogarnąć wszystkich myśli i emocji po jednokrotnym przeczytaniu.

Ja też mam taką „swoją” książkę… Książkę niezmiernie dla mnie ważną, książkę, do której od ośmiu lat wracam co roku (z wyjątkiem roku ubiegłego, ale rok 2009 najchętniej w ogóle usunęłabym z mojej pamięci). To już taki rytuał, jak czekanie na Mikołaja, czy na moje ukochane piwonie... Czekam cały rok, by znów otworzyć ją pewnego jesiennego wieczoru; zaczynam i nie mogę się oderwać. Jeszcze jeden rozdział, choć jeden akapit… O rany, już północ! Choć wiem, co będzie za chwilę, jakie będą dalsze pogmatwane losy bohaterów – za każdym razem czytam o ich życiu z wypiekami na twarzy bądź ze łzami w oczach. Oczy szybko pożerają kolejne litery…

Czytam tę książkę i jakby czas się cofnął, a ja zaglądam przez uchylone drzwi do domu rodziny Horwitzów i Mortkowiczów… Czytam tę książkę i nabieram nadziei, że kobiety są silne, że mają w sobie jakąś taką moc, która pozwala im przeżyć wszystkie zawieje życiowe… Czytam tę książkę i tęsknię za wielopokoleniowymi rodzinami, które łączyła jakaś symbiotyczna więź, która im tę siłę dawała…

10:17, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 października 2010

Upadek. Cały dzień w przedszkolu (sic!), w końcu decyzja – trzeba iść do lekarza. Następnie sesja fotograficzna RTG, dwie i pół godziny czekania na wizytę lekarską i diagnoza – gips na cztery tygodnie. Trzymaj się, Robaczku!

08:42, countrygirl
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 października 2010

Czy trzydzieści trzy lata dla kobiety to faktycznie taki zły wiek? Dla mnie z pewnością NIE! Wszystko jeszcze przede mną!To były dobre lata. Następne 33 będą jeszcze lepsze! (A tak na margnesie - dziś w Trójce w cyklu "Historia jednej płyty" była płyta "Kolory" Firebirds. I "24 zachody słońca"- specjalnie dla mnie...)

16:25, countrygirl
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 października 2010

Młoda jest indywidualistką. Uwielbia pozować, ALE... nie wszystkim i nie zawsze. Fotograf musi mieć podejście do swojej modelki, musi się nawiązać między nimi nić porozumienia; najchętniej więc pozuje Danielowi, ale to inna historia, na inny czas.

Dzis załączam zdjęcie na specjalną prośbę Matki Chrzestnej - miało być zdjęcie piekne, profesjonalne - no to proszę bardzo! Mina...no cóż, najwyraźniej fotograf nie miał indywidualnego podejścia do TEJ modelki;-)

08:42, countrygirl
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 października 2010

Odchamić się człowiek czasem musi. Inaczej się udusi. My z mężem także postanowiliśmy zaczerpnąć nieco ze sztuki, pisanej przez wielkie „S” i – w ramach moich niedalekich urodzin oraz jego imienin – wybraliśmy się wczoraj do zaprzyjaźnionego miasta Bydgoszcz do Opery Nova na „Traviatę” Verdiego. Historia nieszczęśliwej miłości kurtyzany Violetty i młodego poety Alfreda była niezwykle wzruszająca. Niemniej tragizm tej historii został przełamany nieco komicznym zachowaniem naszych sąsiadów. Dookoła nas siedziało w przeważającej większości towarzystwo w wieku 55 +; panowie we frakach, panie w wytwornych toaletach, wszechobecny duszący zapach perfum „Być może…”, lornetki, futerkowe etole – brakowało mi tylko zapachu naftaliny.

(Tak na marginesie – pamiętam ten zapach z dzieciństwa, kiedy to na Wszystkich Świętych jeździliśmy na groby rodzinne na Mazury. Tam już zawsze była zima. Wtedy to babcia i większość starszych ciotek zakładało po raz pierwszy w sezonie futra, które przez całą wiosnę i lato otulane były z każdej strony kulkami naftaliny właśnie.)

Wracając do naszego towarzystwa operowego. Pani, która siedziała obok mojego męża, ubrana w cekinową czarno-srebrną suknie a la Pola Negri, kilkakrotnie pytała nas, czy aby na pewno mamy chusteczki, bo to bardzo smutna historia i na pewno się wzruszymy. Z kolei moja sąsiadka, dość dużych gabarytów pani, przez cały czas przegryzała miętowe landrynki i nuciła pod nosem, wtórując orkiestrze. Czasem bardziej słychać było solistów, czasem tę panią. Skrępowania w jej osobie nie widziałam;-)

Ogólnie – wieczór bardzo miły, udany, gdyby nie strzał fotoradaru na 10 minut przed dotarciem do domu…

10:45, countrygirl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 października 2010

 

Wreszcie przyszła! Dłuuuugo oczekiwana przeze mnie przesyłka z bytomskiego antykwariatu, gdzie na jednym z portali zakupowych udało mi się upolować całkiem niezłe okazy;-) Ostatnio z mężem narzekaliśmy, że mało u nas w księgozbiorze biografii jakichś sławnych osobistości (a czasem fajnie jest błysnąć znajomością życia i twórczości kogoś, kto niekoniecznie pojawia się na Pudelku czy Kozaczku;-)). No, to teraz będzie można się edukować;-) Beethoven i de Gaulle. Przy okazji trafiłam też na piękne książki dla Młodej – „Królestwo Bajek” Ewy Szelburg-Zarebiny i „Kajtuś Czarodziej” Janusza Korczaka.

14:10, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 października 2010

Uwielbiam sobotnie lub niedzielne poranki, kiedy to Młodą przejmuje Tata, a ja mogę się wyspać do woli… Uwielbiam ich odgłosy, dobiegające z kuchni: „Tatusiu, zrobisz mi mleczko? I naleśniki. Mam ochotę na naleśniki. Nie umiesz, to nic, to zrób mi płatki z mlekiem, a jak mama wstanie to zrobi nam naleśniki.” I głos Taty: „A może zrobimy mamie niespodziankę i zaniesiemy jej kawę do łóżka? Ale nie teraz, niech sobie teraz pośpi…” „Tatusiu, włącz mi radio. Dziś jest <<Zagadkowa niedziela>>” (poranny program dla dzieci w Trójce. Zamiast więc się wyspać, słucham z uśmiechem ich dyskusji…

Generalnie, w weekend robiliśmy nic. No, może poza pójściem na urodziny kuzynostwa Młodej. Leniuchowania, zabawy kasztanami i oglądania filmów – „Piotruś Pan”, „Awatar”, „Bękarty wojny”. I oczywiście – jak co weekend – pieczenia bułeczek. Niestety, tym razem przekombinowałam i bułki wyszły gniotowate;-) Chciałam zaeksperymentować i zmieszałam  mąkę pszenną z kukurydzianą, co okazało się nie najlepszym mariażem… Bułki nie wyrosły, więc nie są ani mięciutkie, ani puszyste… No nic, następnym razem będę pamiętać o zasadzie – jak nie umiesz, to nie kombinuj!

10:02, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 października 2010

Zamejlowała do mnie wczoraj moja przyjaciółka z Anglii. Odesłałam jej baaaaaaaardzo długą odpowiedź, ale uświadomiła mi jednocześnie tym swoim mejlem jedną rzecz, o której tak często się zapomina…W każdym razie ja zapominam…

Kiedyś ludzie pisywali do siebie listy (ja także). Takie zwykłe, pisane ręcznie. Ja zawsze byłam sentymentalna i lubiłam listy pisane na ładnej papeterii, najlepiej piórem. Jeszcze będąc na studiach (hmmm, prawie 15 lat temu) pisałam listy do naprawdę wielu osób… Co ciekawe, mam je nadal wszystkie, pogrupowane, w kartonie w piwnicy. Wczorajszy mail zrodził w mojej głowie pytanie – dlaczego od tak dawna tego już nie robimy? Tak rzadko piszę ostatnio maile do moich przyjaciół czy znajomych. Tak rzadko do nich dzwonię. Za rzadko. Czasem puszczę jakiegoś zdawkowego sms’a, na który KTOŚ równie zdawkowo odpowie. Bo w sumie, co odpowiedzieć na głupie pytanie „co słychać?” Czasem coś popiszę na Skypie…Same głupoty…

Z drugiej strony, czasem chodzi WŁASNIE o to, by popisać do siebie takie głupoty… O tym, że paznokcie mi się niemiłosiernie łamią. O tym, że za Boga nie mogę nauczyć mojego kota robić do kuwety i – za przeproszeniem – sra po kątach, jak popadnie. O tym, że mam fajny pomysł na współpracę z pewną fundacją. O tym, że mam kolejne pomysły na uatrakcyjnienie skostniałych zajęć w szkołach rodzenia (przynajmniej w tych toruńskich). O tym, że kupiłam w second handzie fajne kozaki. O tym, że Młoda znów rozśmieszyła mnie swoim kolejnym rozbrajającym tekstem, który w ustach trzylatki brzmi jeszcze śmieszniej. OK, obiecuję się poprawić.

Obiecuję, że oprócz zamieszczania wpisów na blogu, będę też częściej pisywała personalnie do tych, którzy są daleko…Z którymi nie mogę się spotkać, z którymi nie mogę się wybrać do lasu, czy napić się czekolady… Nie będą to wprawdzie listy na eleganckiej papeterii, tylko takie wirtualne, ale myślę, że odbiorcy aż tak się nie obrażą;-)

A skoro mowa o gorącej czekoladzie, idę do kuchni;-)

15:08, countrygirl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 14 października 2010

Dziękuję, Pani Justyno...

09:57, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 października 2010

Dziś wyjątkowy dzień. Młoda ma w przedszkolu ważną uroczystość - pasowanie na przedszkolaka... Dzieciaki mają być ubrane "na galowo", więc biała bluzeczka w czarne kropki czeka w szatni. Bardzo żałuję, bo nie będę mogła być w tak ważnym dniu. Ale będzie Tata, więc zapewne będą profesjonalne zdjęcia;-) A wieczorem wszystko sobie opowiemy, siedząc pod kołdrą i pijąc kakao...

09:38, countrygirl
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2