May you always do for others and let others do for you...
RSS
środa, 19 października 2011

Zbliża się wielkimi krokami TEN DZIEŃ. Dlatego też ostatnio
najbardziej frapującym mnie zajęciem staje się wertowanie książek kucharskich i
moich ulubionych blogów kulinarnych. Chodzą za mną serniki – duże, ciężkie,
wyrośnięte i te mniejsze, cieńsze i zdecydowanie lżejsze. Chodzą za mną także
ciasta dużo szybsze i prostsze, takie jak dyniowe czy jogurtowe, które robią
się w zasadzie same. Zostało mi trochę wiśni ze spirytusu, więc rzucam się na
roladę czekoladowo-śmietankową, ale nie wiem, co z niej wyjdzie;-)

Z innej beczki – wczoraj przyszła do mnie długooczekiwana
płyta DVD z koncertem mojego ukochanego „oldskulowego” duetu Simon &
Garfunkel. I znów…zakochałam się w nich. Na nowo, po dziesięciu latach – mam ten
koncert na własność, w całości, dostępny w każdej chwili…

Nigdy chyba nie wyzwolę się z tych niemodnych, a jednak
wiecznych klimatów muzycznych…

13:42, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 października 2011

Poznajcie nowego członka naszej rodziny!

Wczoraj w nasze progi zawitał 8-tygodniowy owczarek niemiecki. Jest piękny, wesoły  za całą pewnością będzie wielki.

Jak na miłośników sagi o Harrym Potterze przystało - pies dostał imię Hagrid;-)

13:35, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 października 2011

Dzisiaj dopadła mnie Norah Jones...

Norah Jones jednoznacznie kojarzy mi się z pewnym styczniowym weekendem 2003 roku, w Sopocie, Było mroźno, ale pięknie - jak to w Trójmieście. Była gorąca czekolada w ciepłej, przytulnej kawiarni na Długim Targu w Gdańsku, było morze, sopockie molo, był Monciak. I był wieczór i noc - nie tylko z panną Jones...

W dni takie, jak dzisiejszy, kiedy spoza okien, pokrytych gęstą ścianą kropel deszczu nie widać niczego, w dni takie, jak ten, wracam wspomnieniami tam, gdzie dawno mnie nie było. Może czasem nawet nie chciałabym tam wracać, ale kiedy już wracam, to czuję, że zapadam sie, jak w jakimś grzęzawisku... Nie chcę / nie mogę wyjść. I nawiedzają mnie wszystkie duchy "z przeszłości tej nie tak odległej..."

 

15:16, countrygirl
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 października 2011

Nie wyobrażam sobie, jak można mieć w domu chore zwierzę, patrzeć każdego dnia na jego cierpienie i niemoc. Albo - co gorsza - jak można opiekować się chorym bliskim człowiekiem, dzień po dniu i patrzeć  na jego ból...

Wczoraj poddaliśmy naszą Rudą zabiegowi sterylizacji... Czuła, że coś się będzie z nią działo, bo najpierw przez cały dzień nie dostawała jedzenia, tylko wodę do picia (musiała być na czczo do zabiegu), a potem przez 15 minut biegałam za nią po domu, próbując ją złapać i włożyć do klatki, by zawieźć ją do weterynarza. Przy czym w ostatniej fazie - kiedy już obie miałyśmy niezłego nerwa - musiałam ją łapać w rękawiczkach, bo gryzła i drapała.

W samym gabinecie było już w miarę "normalnie"; nie byłam obecna przy zabiegu. Weterynarz powiedział, że zadzwoni za jakieś 45 minut, jak już będzie po wszystkim. Kiedy wróciłam, leżała jak nieżywa na kocyku, w klatce... Jeszcze pod wpływem narkozy. Jechałam do domu ze łzami w oczach...

Pękłam zupełnie, gdy się wybudziła. Wyszła z ledwością z klatki, chwiała się na łapach, właściwie doczołgała się jakieś 1,5 metra, które wydawało się zapewne milą, po czym padła pod stołem...Nawet nie wiedziałam jak ją wziąć, aby jej na ranę nie uciskać. Wzięłam ją pod przednie  łapki przeniosłam na koc, przy kominku.Zasnęła.

Dziś już jest lepiej. I z nią, i ze mną. Chociaż nie ufa mi. Nie chce jeść tego, co jej daję, nie przychodzi, kiedy ją wołam. Tłumaczę sobie, że nie ma siły. W poniedziałek muszę z nią pojechać jeszcze raz do weterynarza - na podanie antybiotyku.

To tyle i aż tyle...

12:21, countrygirl
Link Komentarze (1) »