May you always do for others and let others do for you...
RSS
wtorek, 09 grudnia 2014

Rzecznik Praw Dziecka, pan Marek Michalak nieświadomie wywołał burzę. Chyba jednak jest to burza w szklance wody. Chodzi o TEN wpis.

To jak to jest z tym Świętym Brodatym? Czy dzieci mają prawo do wiary w niego, czy tez może - jak twierdzi Agnieszka Stein - mają prawo do szczerości i traktowania po partnersku?

Ja jestem zdania,że dziecko ma przede wszystkim prawo do szczęśliwego dzieciństwa. A nieodłącznym elementem prawdziwego i ciepłego dzieciństwa jest między innymi MAGIA świąt Bożego Narodzenia, objawiająca się w nasłuchiwaniu dzwoneczków, wypatrywaniu na niebie pierwszej gwiazdki czy w przyjściu świętego Mikołaja, Gwiazdora - czy jak tam go nie nazwać. Tylko rodzic pozbawiony tak zwanego "wewnętrznego dziecka" forsuje bycie szczerym z dzieckiem zawsze i wszędzie.

Powiem teraz jak kandydatka na Miss World, pragnąca za wszelką cenę uszczęśliwić świat i zbawić go od plag biedy, głodu i nienawiści. KAŻDE DZIECKO MA PRAWO DO WIARY W MIKOŁAJA TAK DŁUGO, JAK SIĘ DA. Każde dziecko ma prawo do tej chwili, gdy do pokoju wchodzi wielki grubas w czerwonej czapie, z białą brodą i z czerwonym wielkm nochalem. Przynosząc ze sobą, oprócz worka z prezentami, chłód zza drzwi i błoto lub śnieg spod butów.

I nie oznacza to, że podtrzymywanie wiary w Mikołaja jest warunkiem wystarczającym do szczęśliwego dzieciństwa. Powinien być natomiast jego odzwierciedleniem - tak samo jak wiara w to, że mama i tata są najważniejszymi i najlepszymi ludźmi na świecie, kochającymi ponad wszystko i gotowymi za wszelką cenę stanąć w obronie dziecka. Jak wiara w to, że świat jest piękny, kolorowy i dobry, że wszystkie dzieci są szczęśliwe i że wojna to taka ekscytująca zabawa małych i dużych chłopców na karabiny z patyków. Nie zabierajmy dzieciom tego czaru choć jeszcze przez chwilę...

16:09, countrygirl
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 grudnia 2014

Mówią niektórzy, że w dzisiejszych czasach dziecko to luksus, na jaki pozwolić mogą sobie tylko najbogatsi. Ja parafrazuję te słowa i mówię: "posiadanie jednego dziecka, gdy standardowo na co dzień ma się pod opieką dwójkę, to dopiero jest luksus!"

Tak, starsze dziecko mi wyjechało.... Wyjechało na tydzień, z dziadkami, a matka została sama ze swoimi smutkami i rozterkami. Przechlipałam cały sobotni wieczór, ale na szczęście smutek i żal, i pustkę po wypoczywającym dziecku wypełniło błogie lenistwo, bumelanctwo i totalne niedzielne rozleniwienie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam dla siebie tyle wolnego. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przechodziłam całą niedzielę w piżamie i szlafroku, nieuczesana i nieogarnięta. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mogłam spokojnie i bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia położyć się z Młodym i zasnąć w ciągu dnia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mogłam bez pośpiechu wypić poranną kawę, poczytać w spokoju, bez kłótni i bez słuchania "mamooooo!!!!". Kiedy ostatnio stać mnie było na luksus zjedzenia na obiad sardynek w pomidorach z kromką suchego chleba i czytania bzdurnych gazet w łóżku, z synem jeżdżącym kolejką po kołdrze...

W tym tygodniu zatem mam luz totalny.

Czas na spokojne poukładanie w szafach, popakowanie prezentów świątecznych, posprzątanie domu, wykrawanie i dekorowanie pierniczków, lepienie pierogów, pieczenie pasztetów. I takie tam...

Buahahahahaha!!!!!

16:04, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 grudnia 2014

Chyba każdy z nas od kilku dni kibicuje małemu Adasiowi. Dwulatka skrajnie wyziębionego znaleziono w niedzielny poranek. Wyszedł sam z domu, w nocy, tylko w piżamce. Spędził na zewnątrz ponad 6 godzin. Gdy go znaleziono pod stertą liści, temperatura ciała małego Adasia wynosiła zaledwie 12,7 stopni Celsjusza.

Być może część z Was rzuciła już gromy na babcię, pod której to opieką był malec.  A część pewnie nawet na rodziców, że jak to tak - podrzucać babci zamiast samemu się opiekować! Pytacie jak można doprowadzić do tego, że dziecko samo wyszło niezauważone w nocy. A zatem, spieszę Wam moi drodzy z odpowiedzią, dlaczego takie rzeczy naprawdę są możliwe. Szczególnie polecam wszystkim tak chętnie kamieniami rzucającym.

1. Jeśli ktoś mieszka w bloku, na trzecim piętrze, jest rodzicem bardzo nowoczesnym - w każdym tego słowa znaczeniu, to tak - trudno zrozumieć fakt, że małe dziecko może samo wyjść z domu. ALE,mieszkanie w domu, na wsi to ZUPEŁNIE co innego. Dzieci mieszkające w bloku przyzwyczajone są do ciągłego bacznie ich obserwującego oka rodzica. Mama i tata widzą absolutnie wszystko, a jak się już trafi dłuższa chwila milczenia - nie oznacza ona nic dobrego i rodzice są przy dziecku w przeciągu sekundy. Dzieci mieszkające na wsi przyzwyczajone są do przestrzeni. Wszystko, co jest nie tylko w domu, ale i poza nim jest dla nich rzeczywistością codzienną. Latem drzwi - czy to frontowe, czy też tarasowe, są otwarte cały dzień.

2. Jak można nie zamknąć drzwi na noc? No cóż... I znów mamy ten blok, odruch zamykania się przed wszystkim i wszystkimi w swoich czterech ścianach... Na wsi jesteś wśród ludzi i z ludźmi żyjesz. Żyjesz z otoczeniem. Nie zamykasz się przed światem. OK, zamykamy drzwi na noc, żeby nieproszony gość nam nie wszedł i nie przytulił sobie naszego dobytku, ale generalnie nie ma chorobliwego sprawdzania czy wszystko zamknięte na trzy spusty.

3. Czy dwulatek może sam dosięgnąć klamki? Mój prawie dwulatek nie dosięga, ale to PRAWIE dwulatek - za trzy miesiące może dosięgnie... A inna rzecz,że w standardowych drzwiach pewnie by nie dosięgnął, ale pamiętać należy, że Adaś spędził noc u babci. Może mieszkała w starym dom? Może miała niskie stropy, a w związku z tym niższe drzwi i niżej osadzone klamki...

4. Jak można nie zauważyć / usłyszeć wyjścia dziecka z domu? Otóż można. Są osoby z twardym snem. Babcia była U SIEBIE, nie spała w obcym domu, w obcym łóżku. Nie miała powodu do tego, by wiercić się niespokojnie i przewracać z boku na bok. Wstała w nocy, przewinęła wnukowi pieluszką, zobaczyła że śpi i sama wróciła spać. Dziwne? Nie sądzę... Chłopiec nie płakał, tylko lunatykował. Obudził się w nieswoim łóżeczku, w nieswoim pokoju...Chciał wrócić do domu, do mamy i taty, nawet jeśli robił to w półśnie.

Współczuję rodzicom, bo pewnie mają moralniaka, bo pewnie wyrzucają sobie, że zostawili dziecko u babci a sami... Hmmm...może poszli do kina, może spotkali się ze znajomymi, a może po prostu się porządnie wyspali. Egoiści.

A nade wszystko nie umiem postawić się w położeniu zdruzgotanej babci (która o ile mi wiadomo przebywa na oddziale psychiatrycznym, bo nie specjalny jest z nią kontakt). Żal mi ogromnie tej kobiety. 

A zatem - nie każda dziecięca tragedia to wynik patologii, braku dojrzałości psychicznej i alkoholu. Czasem rzeczy dzieją się po prostu same i są splotem wręcz niebywałych przypadków. Naprawdę, nie wszystko da się przewidzieć. Choćbyśmy wyprzedzali nasze dziecko o trzy kroki naprzód - ono może czasem zrobić nagły zwrot...

Za Adasia trzymam kciuki. Jak mówią lekarze - ma bardzo silny organizm i ogromną wolę życia. Wygląda na to, że wszystko idzie ku dobremu. Wierzę bardzo mocno, że to będzie historia z happy-endem. I że 24 grudnia Adaś, wraz ze łzami swoich najbliższych, przyjmie cudowne imieninowe życzenia!

 

16:09, countrygirl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 grudnia 2014

No i mamy po listopadzie. Dziś zaczął się grudzień i czas przyspieszył. Jak co roku, w połowie grudnia złapię się za głowę, zdziwiona jak ten czas przedświąteczny się skurczył... Ale jak co roku, tak i teraz, z niecierpliwością czekam na wszelkie świąteczne akcenty. Czekam, bo moje wewnętrzne dziecko, które mam w sobie wciąż bardzo silne i od lat pielęgnowane, przebiera nóżkami na dźwięk każdego świątecznego dzwoneczka, na skrzący się śnieg pod butami i na zapach świerkowego drzewka wnoszonego do domu. Nawet jeśli za oknem jeszcze wciąż listopadowa szaro-burość...

A zatem, po kolei...

Czekam na świątecznego Trójkowego "Karpia" (już jest!!!).

Czekam na pierwsze Last Christmas w radiu (jeszcze nie słyszałam).

Czekam na Power of Love w wigilijnym Teleexpressie.

Czekam na reklamy z ciężarówką Coca Coli ("Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta...").

Czekam na pierwsze opady śniegu, które jak co roku zaskoczą drogowców.

Czekam na zapach przypraw korzennych z ciepłych pierniczków, pomieszany z aromatem plasterków pomarańczy suszących się nad kominkiem, by ostatecznie zawisnąć na choince (o to już już - wczoraj piekliśmy pierwsze pierniki).

Czekam na nocne pakowanie prezentów, po cichutku, niemalże po ciemku, by nie obudzić tych, którzy w Mikołaja jeszcze cały czas wierzą.

Czekam na widok uprasowanej małej białej bluzki, która na tydzień przed Wigilią zawiśnie i będzie czekać na swój świąteczny moment.

Czekam także na wyprasowaną błękitną koszulę w rozmiarze 86 cm (koniecznie z muchą!).

Czekam na widok skórek od jabłek, wijących się bez końca, zakwaszających zaczyn barszczowy, który od lat, przygotowuję w stylu vintage - bez szczypty sztuczności i kupnych mieszanek.

Czekam na przedświąteczne porządki, które odbywają się w rytm amerykańskich szlagierów takich jak "Walking aroun' the Christmas tree" czy "Santa Claus is coming to town".

Tymczasem, nie mogąc się doczekać świątecznego klimatu i mając na uwadze przychodzącego już za kilka dni Mikołaja, postanowiliśmy wczoraj wykonać pierwszą partię bożonarodzeniowych pierniczków, pieczonych od lat niezmiennie wg tajemngo przepisu Pani Krystyny. Do ich wykonania polecam wykorzystać nie tak tanią za to wciąż bardzo chętną do TAKIEJ pracy - dziecięcą siłę roboczą.

15:39, countrygirl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 listopada 2014

Potrzebny na gwałt. Na już! Na teraz! Inaczej zwariuję i stanę na głowie, zjem berło i zacznę kicać - jak śpiewał jeden z ukochanych bohaterów mojego dzieciństwa - Król Bul.

Wiele lat temu twierdzono, że ciąża i macierzyństwo chronią przed depresją czy tez innymi zaburzeniami psychicznymi. Teraz wiemy, że to historia wyssana z palca. Śmiem nawet twierdzić, że jest zupełnie odwrotnie. Natłok codziennych obowiązków, pęd świata, mity o idealnej i świetnie radzącej sobie ze wszystkim power-mamy (YES WE CAN!), presje społeczne - wszystko to sprawia, że we łbach nam się miesza, robimy często rzeczy irracjonalne i takie, które na co dzień potępiamy, a potem, w świetle opadających rąk i zszarganych nerwów - stają się naszym udziałem.

Nie funkcjonowałam normalnie trzy dni (miałam  migrenę, dzień i noc na prochach). Jedno dziecko - to modsze - definitywnie odmówiło spania w nocy i pomiędzy północą a  trzecią w nocy siedziało na łóżku, wołając cicho i nieśmiało od czasu do czasu: "mamo, Ojo, ziupe". Nie, dziecko - nie będę Ci o 2 w nocy podgrzewała zupy! To pora na sen! Smaruj pod kołdrę!

I tu dochodzimy do sedna paranoi: ja chodziłam na rzęsach za dnia, na tychże rzęsach utrzymywały mnie redbule, tajgery i inne takie tam. Zasypiając z Młodym, w jego łżóku, w pełnym opakowaniu, z rozsadzającym bólem w głowie... walczyłam z wyrzutami sumienia, że idę spać, że zaraz odfrunę, A PRZECIEŻ TAK BARDZO CHCIAŁAM CZYTAĆ STARSZEJ CÓRCE KOLEJNY ROZDZIAŁ OPOWIEŚCI O MAŁEJ PSINCE FIDZE, CO TO DROGI DO DOMU SZUKAŁA... What the fuck???!!!! Dlaczego sama sobie odmawiam prawo do "MANIA WSZYSTKIEGO W DUPIE" ???!!!NIE- NIE JESTEM IDEAŁEM, NIE RADZĘ SOBIE, MAM CHWILOWO DOŚĆ, CZERWONA KONTROLKA ZARAZ ZACZNIE DYMIĆ A JA CHCĘ, ŻEBY CAŁY ŚWIAT SIĘ ODE MNIE ODWALIŁ!

Zmieniło się macierzyństwo czy zmieniłyśmy się my? Nasze mamy nie narzekały na to, że są mamami... Czy było im łatwiej, czy było po prostu w złym tonie poskarżyć się na to, co ogólnie uznane za oczywiste i przeznaczone? Nie, ja się nie skarżę na swój los... Przeciwnie - mam zajebiste życie na tle tak zwanego przeciętnego Kowalskiego, Tyle że czasem otwarcie krzyczę " MAM DOŚĆ!" Nasze mamy nie krzyczały...

I tak się ciekawie złożyło, że Amerykanie obchodzą dziś Święto Dziękczynienia. Nie w tym rzecz, że wychwalam pod niebiosa nie nasze tradycje. Ale mają Amerykanie choć jeden dzień w roku, w którym mogą pomyśleć i przyznać przed samym sobą, że są za coś wdzięczni. To piękne, jesli ktoś, kto na co dzień nie roztrząsa istoty absolutu, jest w stanie raz w roku za coś dobrego podziękować.

A zatem dziś dziękuję losowi za ogrom szczęścia który mi dał, za wszystkie lekcje, które mi owo życie zadało i które - mam nadzieję, - solidnie odrobiłam, a nie odbębniłam i za wszelkie zło, które mnie nie zabiło, ale wzmocniło. A nade wszystko dziękuję za to, że żyję tu i teraz, że jestem tym, kim jestem i że potrafię mieć czasem wszystko w nosie.

Uff...zeszło...Odwołuję psychiatrę ;-)

 

13:54, countrygirl
Link Komentarze (5) »
wtorek, 25 listopada 2014

Wszystkie dzieci są piękne!

Tak, to oczywiście banał, truizm, bo dzieci - tak jak i wszystko inne na tym świecie - rzecz gustu, kwestia względna. Jedne jak plaża na Hawajach, inne - jak noc listopadowa. Niemniej z całym poczuciem odpowiedzialności stwierdzam, że wszystkie uśmiechające się dzieci są piękne. I tak - wszystkie dzieci, każde jedno, bez wyjątku, przynajmniej raz w życiu się uśmiechnęło.

Życie jest niesprawiedliwe. Jednemu daje wszystko, co najlepsze - szczęście w interesach, powodzenie w miłości, prawdziwych przyjaciół, mądrych i kochających rodziców, urodę ciała i ducha, zdrowie. Innym los przynosi cierpienie, ból, łzy, smutek, samotność. Ale nawet jeśli nie zawsze potrafimy ot tak po prostu zrozumieć PO CO ktoś nam to dał, zawsze możemy i powinniśmy chcieć zadać sobie to pytanie.

Mam niewątpliwa przyjemność znać kilkoro dzieci tzw. niepełnosprawnych.Po prostu innych niż większość pozostałych. Autystyków, niedosłyszących, po porażeniu, z niedowładem mięśni, z rozszczepem kręgosłupa. Jestem dumna również, że znam ich rodziców. Pełnych sił, oddanych, z poświęceniem i spokojem brnących przez kolejne gówniane dni i dźwigających na swoich często wątłych i samotnych barkach, ogrom odpowiedzialności za swoje dzieci...

Ale mam pewne przemyślenie... Jak wiadomo nie od dziś, każdy kij ma dwa końce, a każdy medal - dwie strony. Dlaczego zatem w tak zwanej przestrzeni publicznej pokazuje się jedynie, a przynajmniej w przytłaczającej większości przekazów, ciemną stronę księżyca? Przecież TE DZIECI są takie same, jak większość pozostałych? Tak samo mocno kochają swoją mamę, tak samo potrafią się głośno śmiać i mają takie same sny i marzenia. Może nie zagrają z chłopakami z podwórka w piłkę, ale też zapewne marzą o tym, by dostać autograf Messiego czy choćby Lewandowskiego. Może nie zdobędą Śnieżki, ale marzą o tym , by zobaczyć ośnieżone szczyty Tatr. I być może nie popłyną w rejs dookoła świata, ale z wielką radością popłynęłyby promem na drugą stronę Wisły.

Mam marzenie...

Aby pokazać dzieci TAK ZWANE ZEPSUTE - z radością i z iskrą w oczach. Aby pokazać Tymka bawiącego się kolejką z kumplami z przedszkola. Aby pokazać Marysię odbijającą piłkę swoimi małymi rączkami. Liwkę -  w słuchawkach na uszach, tańczącą po całym pokoju. Aby pokazać Milenkę i Helenkę radośnie bawiące się nadmorskim piaskiem, w słomkowych kapeluszach.

To są LUDZIE tak samo piękni i wspaniali jak my!

Miałam ostatnio przyjemność poznać osobiście Agnieszkę Szpilę, mamę Milenki i Helenki, felietonistkę magazynu Gaga i autorkę bloga U Autystek. To niezwykle energetyczna, cudowna i piękna - duchem i ciałem - osoba. Dla takich spotkań warto wyjeżdżać. Takie osoby warto znać, bo są niezwykle, NIE DO OPISANIA pozytywnymi osobami, które chce się jeść łyżkami. I to właśnie Jej słowami chciałabym zakończyć tego posta. Agnieszko, dziękuję za cudowne spotkanie!

"Ja do Tych wszystkich teraz, którzy maja dzieci neurologicznie-nie-halo, i szanownych Ich rodzin. Zwracam się do Was wszystkich z gorącaą prośbą, by nie czekać z kochaniem tych małych kosmitow, aż wyzdrowieją, ozdrowieją, wniebowstąpią, czy w piekło, lub tez zmartwychwstaną. Nasze Dzieci są, jakie są, i takie są piękne i święte. I uczą ten świat pierdolony i piękny zarazem Miłości i Pokory, i po to także przychodzą na świat, by ten nie odleciał, by nie zwariował na punkcie czubka swojego nosa, by się otworzył, przemienilłi nauczył akceptacji Inności. Nasze dzieci to często tacy Czeczeńcy, Cyganie, czy Żydzi, których to niby się akceptuje, z drugiej zaś, najchętniej po cichutko i tak wyklucza, żeby nie psuli tego jakże spójnego wizerunku idealnego świata. Jeśli gdzieś blisko Was są mali lub duzi kosmici, miast czekać aż wyzdrowieją i pójdą w tak zwaną społecznie akceptowalną i pożądaną NORMALNOŚĆ, weźcie kosmitę za rękę, przytulcie do serca, nic od Niego nie oczekując. Te dzieci, tak bardzo uważane przez wielu z nas za popsute, spierdolone, parszywe, uczą do jasnej cholery jak BYĆ, po prostu BYĆ, a to dla nas Ludzi Zachodu, jest przecież najtrudniejsze. Uczymy się od Nich bycia właśnie, nie tylko takiego heideggerowskiego - ku śmierci, ale Tu i Teraz właśnie. Na smierć jeszcze przyjdzie czas, tak samo, jak na te kuszącą wszystkich Normalność i Doskonałość."

16:21, countrygirl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 listopada 2014

I znów mam mieszane uczucia.... Coraz częściej i głośniej mówi się o pomyśle wprowadzenia miejsc "wolnych od dzieci", tzn lokali, gdzie nie są mile widziani rodzice z dziećmi... Hm...z jednej strony - bardzo przemawia do mnie apel Rzecznika Praw Dziecka, pana Marka Michalaka i przytoczone przez niego święte słowa Janusza Korczaka - "Nie ma dzieci. Są tylko ludzie." Że zabronić przychodzenia do danego lokalu (restauracji, kawiarni, hotelu) dzieciom ma wydźwięk trochę taki jak z czasów nie tak znów odległych:

Z drugiej strony, ja sama jako rodzic, nie po to wychodzę z domu, np. do restauracji, aby słuchać marudzących i krzyczących miliusińskich. Mam na co dzień dość gwaru moich własnych dzieci. Idąc na kolację z przyjaciółmi czy mężem mam ochotę na to, by przez te kilka godzin nie być rodzicem... Dlatego też na tego typu spotkaniach staram się nie rozmawiać o kupach, zupach i pieluchach.

A zatem, sama nie wiem, co mam o tym myśleć...

Kilka miesięcy temu udałam się z całą rodziną na lunch i przyznaję, że był to mój ogromny błąd. Nie zjadłam ja, nie zjadło moje młodsze dziecko. O wiele ciekawsze od zawartości talerza okazały się  pływające w akwarium w holu rybki i żółwie... A rosół na moich spodniach okazał się iście hipsterską dekoracją, żywcem wyjętą z szafiarskiego bloga "How to make your jeans original". Oczywiście złapałam przysłowiowego buraka za każdym razem, gdy moje dziecko jawnie i głośno demonstrowało swoją obecność w restauracji. I uprzedzając koemnatarze - tak, wiem, że to moja a nie dziecka wina. Że to ja nie umiem zapanować nad (niespełna) dwulatkiem w restauracji.  Knajpka nie była naznaczona żadnym z emblematów - ani "family friendly" ani "child free zone", a jednak ... Chyba to osobiste doświadczenie skłania mnie jednak ku opowiedzeniu się po stronie zwolenników tworzenia specjalnych stref "wolnych od maluchów".

Tak samo, jak w przypadku hoteli typu SPA, gdzie ludzie jadą przede wszystkim po to, aby się zrelaksować, odpocząć i wsłuchać w ciszę, tak samo jest grupa osób, które chcą skonsumować posiłek w dorosłym towarzystwie. I nie chodzi nbawet o to, że bachory są nieznośne. Po prostu, dziecko nie potrafi czekać 20-30 minut na posiłek, grzecznie siedząc przyz stole...

I mimo że sama jestem rodzicem i kocham swoje dzieci miłością bezwzględną i bezgraniczną, to powiem szczerze - zapewne ściągając na siebie parę gromów - gdyby w mojej okolicy istniały takie knajpki, to myślę, że byłyby jednymi z moich ulubionych... Wiem, ze ogromna część rodziców się na ten pomysł oburza, uważają oni, że traktowani są z pogardą jako obywatel drugiej kategorii, jako intruz z innym intruzem na ręku. Mam niestety nieodparte wrażenie, że rodzice są przewrażliwieni na swoim punkcie, uważając, że to kolejny krok w dyskryminacji "tych dzieciatych". Osobiście uważam, że mało która grupa w naszym kraju jest tak uprzywilejowana jak rodzice, więc bez przesady.

A tak już zupełnie puentując. Tak samo jak nie mam nic przeciwko lokalom "wolnym od dymu", lokalom "przyjaznym rodzicom", tak absolutnie nie drażni mnie pomysł miejsc "wolnych od dzieci". Równie dobrym argumentem jak: "może sobie pan/pani iść do innego lokalu, gdzie dzieci nie ma",  jest "możecie sobie państwo iść do miejsca, gdzie rodziny są mile widziane". Myślę, że to nie jest dyskryminacja kogokolwiek, a tortu powinno wystarczy dla każdego.

 

16:21, countrygirl
Link Komentarze (1) »
piątek, 14 listopada 2014

Temat karmienia piersią jest już od dawna dla mnie tematem passe, ale wciąż jestem z nim na bieżąco, ot, choćby z racji sporej grupy młodych mam w moim otoczeniu. Nigdy nie byłam wielką laktywistką. Karmienie piersią moich dzieci traktowałam jako zupełnie oczywistą rzecz. Niewymuszonym procesem i naturalną częścią opieki nad nowoprzybyłym na ten świat człowiekiem. Nie rozważałam wielce tego tematu, nie ważyłam za i przeciw. Sprawialo mi czasem raz większe, raz mniejsze trudności, ale generalnie szło gładko. Karmiłam też, bo było to najzwyczajniej w świecie wygodne, Zwłaszcza w pierwszych miesiącach życia - nie wyobrażam sobie siebie wstającej po kilka razy w nocy, goniącej do kuchni czy w najlepszym wypadku do podgrzewacza i robiącej mieszanki mleka modyfikowanego. Ale skłamałabym gdybym powiedziała, że nie czułam ogromnej przyjemności z karmienia piersią, Czułam. Pierwsze "dostawienie" do piersi, w chwilę po porodzie, zapamiętam na długo, jako jedne z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Pełne ciepłych emocji, łez wzruszenia pomieszanego ze szczęściem, zmęczeniem i poczuciem odpowiedzialności za nowe życie. Kiedy karmiłam moje dzieci w domu, bardzo lubiłam ich ciepło, lubiłam ten głodny wzrok i dziubek jakby wyjęty ze "słitfoci, łapczywie chwytający pierś. Kiedy karmiłam poza domem, mogłam karmić gdziekolwiek. Nie spotkałam się z ani jednym nieprzychylnym komentarzem, nie krępowała mnie ta czynność, ale też starałam się nie afiszować: "oto ja - matka-Polka-karmicielka". Po prostu - moje dziecko chciało jeść, tak jak i mi zdarza się na ulicy mieć chrapkę na zapiekankę. A potem dzieci zaczęły jeść także inne rzeczy. Pierś traktowały jako czas wyciszenia przed snem, ukojenia w płaczu. Nadal oboje uwielbialiśmy te chwile bliskości tylko dla nas, ale wiedziałam, że ten - jak i każdy inny etap - musi się skończyć.

Podsumowując - tak, okres karmienia piersią wspominam bardzo miło. To naprawdę niezwykłe, że kobiece ciało jest w stanie wyprodukować pokarm dla dziecka, że ta więź jest nie do opisania, dopóki się samemu jej nie doświadczyło i nie da się jej porównać z żadną inną relacją. Tak samo jak ja sama lubiłam karmić piersią, tak uwielbiam widok innej matki karmiącej swoją pociechę. Serio - uśmiecham się za każdym razem i mam nawet w sobie nutkę zazdrości widząc taki obrazek. Rozczulamięto ...

(źródło zdjęica: http://itpandme.com/breastfeeding-while-taking-immune-suppresants/)

A zatem - co takiego jest w tym temacie, że nawet we mnie budzi tyle sprzecznych emocji?

Jak zwykle impulsem była niezwykle owocna dyskusja na temat...odstawienia od piersi, które właśnie przechodzi moja serdeczna koleżanka. No cóż, generalnie jestem zwolenniczką zdrowego rozsądku i umiaru we wszystkim. Zatem wkładając kij w mrowisko - nie widzę tegoż umiaru i rozsądku w karmieniu dziecka piersią dłużej niż dwa lata. Ba - nie widzę w tym żadnej estetyki! Tak jak rozczula mnie widok malutkiej główki wyłaniającej się spod maminej pachy, tak czuję niesmak, widząc trzylatka, gmerającego w dekolcie swojej mamy, siedzącego obok na ławce i fikającego nogami w adidaskach. A takie widoki publiczne też się zdarzają. Żeby nie było - do głowy by mi nie przyszło zwrócić karmiącej mamie uwagę - w końcu to jej sprawa. Ale nie - nie jest to ładny widok i nie budzi moich pozytywnych skojarzeń.  Nie przekonują mnie też żadne w tym temacie przeprowadzone badania naukowe, że mleko kobiece nie traci na wartościach odżywczych wraz z wiekiem dziecka. Choć jestem orędowniczką np. banków mleka i mleka kobiecego jako najlepszego i najskuteczniejszego leku dla wcześniaków i najlepszego pokarmu jakie może dać mama swojemu dziecku - to nadal uważam, że zbyt długie przystawianie dziecka do piersi jest nie "karmieniem piersią" a "uzależnieniem od piersi". I to uzależnieniem - chciałabym to podkreślić - matki, a nie dziecka. Nie przemawia do mnie argument: "odstawimy się od piersi, kiedy oboje będziemy na to gotowe". Mhmmm... Chyba raczej "kiedy sama znajdę alternatywę do poczucia bliskości" Bo - jak to ładnie powiedziała rzeczona serdeczna znajoma - "długie karmienie to takie udowadnianie sobie, że jest się ważną dla dziecka." To taki substytut innej intymności, którą wielu matkom ciężko jest zbudować / odbudować po urodzeniu dziecka...

Dla mnie bliskość oznacza także fizyczne odseparowanie od dziecka. Są inne, równie bliskie formy czułości z dzieckiem... Tulenie się o poranku, wspólne baraszki przed snem, masowanie plecków, zaplatanie warkoczyków, wspólne oglądanie bajek czy czytanie książeczek pod kocem.

 Tak, wiem, że zawsze może paść argument, że długie karmienie piersią w plemionach Indian, w Afryce czy Indiach jest normą. Miejmy jednak na uwadze nieco inny poziom cywilizacyjny... I nie wydaje mi się, aby rodzicielstwo bliskości miało z długim karmieniem piersią wiele wspólnego... Zgodnie z filarami rodzicielstwa bliskości (za stroną: TU ):

"Karmienie piersią jest treningiem w odczytywaniu sygnałów dziecka (...) jego mowę ciała, co jest pierwszym krokiem do poznania go. Karmienie piersią zapewnia dziecku i matce mądry początek w ich współnycm życiu."

Słowa kluczowe: TRENING oraz MĄDRY POCZĄTEK (Ile można trenować? Ile może trwac początek???)

I dalej:

"W gorliwości, aby zapewnić dziecku wszystko to, co najlepsze, rodzice mogą zaniedbać swoje potrzeby, a co za tym idzie, zaniedbać swoje małżeństwo."

Słowo klucz: RÓWNOWAGA (jesteś także kobietą i żoną / partnerką)

I na koniec, proszę, nie obrażajcie się na te słowa Mamy Długokarmiące. Po prostu - nie krytykujcie tych Krótkokarmiących  czy tych Karmiących Butelką. Ani to Wasz powód do dumy, ani ich powód do wstydu.

 

15:51, countrygirl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 listopada 2014

Nie mogę przejść obojętnie wobec tego, co się dzieje w moim kraju, a konkretnie w stolicy, każdego roku. Jakim prawem banda warchołów idących z dzikim wzrokiem, zaciskając pięści i wykrzykując faszystowskie hasła, nawołujące do nienawiści mieni się patriotami?! Dlaczego nikt w tym kraju nie potrafi powiedzieć jasno, że TO NIE JEST PATRIOTYZM, tylko anarchia. Czy umiłowianie kraju oznacza niszczenie tego kraju, wprawianie w osłupienie i strach innych obywateli? Czy ludzie chcący wyjść tego dnia na ulicę muszą się kryć po kątach jak szczury po kanałach w obawie, by nie dostać w głowę kawałkiem chodnika albo aby ich czteroletnie dziecko nie wystraszyło się dzikich okrzyków, świstów rac latających ponad głowami?

Kto nie jest z nami, ten przeciw nam. Te hasła już słyszeliśmy. Te hasła historia już przerabiała w pierwszej połowie XX-go wieku. Tym hasłom już serdecznie dziękujemy. Skutki tych ideologii odczuwamy na całym świecie po dziś dzień... Jeśli coś ci się nie podoba - mów to w sposób mądry i wyważony a nie wyrywaj kostkę brukową.

Zatem czym jest patriotyzm?

To dbanie o nasz kraj, o jego stolicę i inne miasta.

To dbanie o finanse publiczne i nieprzyczynianie sie do ciągłych wydatków na naprawę ulic, domów, przystanków, samochodów i sklepów po wielce "uroczystych" obchodach święta niepodległości.

To płacenie podatków.

To nieoszukiwanie - ZUS-u, US, sąsiada i pani na kasie w Biedronce.

To chodzenie na wybory i w sposób aktywny uczestniczenie w życiu obywatelskim

To szacunek dla drugiego człowieka. Każdego.

To umiejętność choćby na jeden dzień w roku podania ręki politycznym przeciwnikom i pokazanie, że w ten jeden dzień wszyscy jesteśmy Polakami. Z takimi samymi prawami i z tymi samymi obowiązkami wobec Ojczyzny.

Dlaczego w innych krajach - dużo bardziej skonfliktowanych wewnętrznie i dużo bardziej różniących się etniczne i kulturowo niż Polska - dlaczego tam ludzie potrafią iść razem ramię w ramię w tym jednym dniu - dniu obchodów święta niepodległości? A przynajmniej nie rzucać w siebie brukiem i rozpalonymi dachami wiat autobusowych. Bo dla nich kraj to coś, co ich łączy - niezależnie od wyznawanej wiary, idei politycznej czy światopoglądu moralno-społecznego. Bo tego dnia wszyscy chcą radośnie świętować, iść w paradach, jeść hot-dogi, pieczone kasztany czy co tam dają i cieszyć się, że jesteśmy jednym narodem. Być może brzmi to płasko, patetycznie, ale czy na tej jeden dzień nie można by wyzbyć się całego jadu, jaki się ma w sobie?

Obchody 4 lipca w USA:

 

Obchody 14 lipca we Francji:

 

 

11 listopada w Polsce:

PS 1. Oczywiście nie wszędzie była zadyma. Radosne festyny, pikniki, parady, jarmarki - to wszystko na szczęście było. Jak się chce, to można. Można było w Poznaniu, w Gdańsku, w Toruniu, w Bydgoszczy, w Łodzi, we Wrocławie, w Krakowie... I jak widać - chyba tylko w Warszawie nie potrafią się cieszyć z wolnej Polski...

PS 2.. Największy mam żal do mediów, że traktują nas jak idiotów, jak rzymską gawiedź, żądną igrzysk Myślę, że nie tylko ja miałabym ochotę oglądać w telewizji radosne świętowanie nieco dłużej niż w jednominutowej migawce - zlepku ze wszystkich miast w Polsce... I myślę jeszcze sobie - tak na koniec -  że mimo wszystko - te hordy bandytów w kominiarkach mają ogromne parcie na szkło - choćby i z zasłonietą fizjonomią... Czy gdyby za rok, za dwa nie pokazali tego w telewizji - tak chętnie by uczestniczyli w rozróbach ??? Wszak dla celebryty nie ma nic gorszego niż obojętność i cisza wokół niego...

 

15:00, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 października 2014

Każda okazja jest dobra, aby iść do kina. Tym bardziej - świetną okazją po temu jest rocznica ślubu. Wyrwać tylko dla siebie dwie godziny w ciągu dnia. Dwie godziny prawie "tylko we dwoje". Dwie godziny bez dzieci - i to nie godziny późnowieczorne, spędzone w domowym zaciszu. Yupieee!!!! Ale czy film, w którym w jednej z pierwszych scen mamy pełne zbliżenie na skalpel, rozcinający precyzyjnie klatkę piersiową i dłonie chirurga wyjmującego z ciała denata leżącego sztywno w przyszpitalnym prosektorium - serce - na takie właśnie romantyczne "tête-à-tête" się nadaje? ... No cóż... Z gustami sie nie dyskutuje. My na taki właśnie film poszliśmy - z okazji koeljnej rocznicy zaobrączkowania.

Ale nie o rocznicy...

Ten film, to "Bogowie". Chyba nie powiem  nic nowego na temat tego filmu; nic, czego by już nie napisano. A napisano wiele i to wiele dobrego. Właściwie, nie spotkałam się ze złymi recenzjami - ani wśród krytyków, ani wśród widzów, ani nawet w środowisku medyczny, Bo film jest o wielkim człowieku. Film jest hołdem, złożonym i profesorowi Relidze, i jego wspaniałym asystentom, i jego walce o marzenia. Nie ma w filmie patosu, nie ma ozłoconego i okwieconego pomnika. Jest człowiek z krwi i kości. Są przekleństwa, wódka leje się strumieniami, papieros odpalany od papierosa. Jest kawa-plujka, są partyjne układy. I jest mnóstwo, ale to mnóstwo emocji. Jest nagła śmierć dziecka, jest ratowanie życia, jest masaż na otwartym sercu, jest morze krwi - na szczęście na sali operacyjnej i jest jeden człowiek, który wierzy, że niemożlwie może się stać możliwym.

I w trakcie filmu, i po nim - miałam ciarki na plecach. Nie mogę przestać myśleć o filmie, o jego bohaterze, o tamtych szarych czasach. Ale jedna najważniejsza myśl płynie z ekranu. Myśl niezwykle pokrzepiająca i świadcząca o wadze marzeń i konieczności podążania za nimi.

"Świata na szczęście nie zmieniają księgowi, ale szaleńcy." (Karolina Korwin-Piotrowska)

 

16:17, countrygirl
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26