May you always do for others and let others do for you...
RSS
czwartek, 21 sierpnia 2014

Kiedy usłyszałam o tej książce po raz pierwszy, a było to jakieś półtora roku temu, od razu wiedziałam, że to książka, którą chcę mieć i którą muszę przeczytać. Napisałam o tym tutaj. Wtedy - na podstawie recenzji trójkowego redaktora Michała Nogasia byłam pewna, że to książka o ogromnej miłości. Bo jak inaczej wytłumaczyć tak wielkie wieloletnie poświęcenie, które popełnia kilkadziesiąt razy kobieta, żona czekająca na mężą, który jest w środku wojennego ognia... Zresztą sam tytuł sugerował coś bardzo mocnego, coś niezniszczalnego - "miłośc z kamienia"...

Dziś, po błyskawicznym pochłonięciu tej książki (bo nie da się od niej ot tak po prostu oderwać), stwierdzam, że niewiele widzę tam miłości... Miłości według mojego osobistego słownika. I nie - nie mam romantycznego pojęcia o miłości - wyrosłam już dawno z Ani z zielonego wzgórza i wiem, że proza życia z wartościowym człwoiekiem może być piękniejsza niż romantyczna poezja pełna uniesień. Dlatego tym bardziej nie widziałam w tej relacji miłości. Widzę wiele - pasje, oddanie, poświęcenie, przyjaźń, symbiozę, współpracę, współodczuwanie, ale... czy mogę nazwać to uczucie miłością?

Nie mam prawa i nie chcę oceniać prywatnych relacji państwa Jagielskich. Ostatecznie On zrezygnował dla Niej ze swojej pasji. Ze swojego nałogu, jakim były wyjazdy do piekieł. Z drugiej strony - nie umiem przyjąć do wiadomości, że jeśli się naprawdę kocha drugą osobę, to można jej fundować taką dawkę emocji. Złych emocji. Strachu. Paniki. I niemiejętności życia swoim własnym życiem. Przede wszystkim - jeśli się kocha drugą osobę, trzeba żyć z nią, a nie obok...

Może zatem przewrotnie zrozumiałam tytuł książki? Może nie chodzi o miłość twardą i trwałą jak skała lecz o niewzruszenie i obojętność, jaką ma toczący się bezwolnie kamień...

 

16:05, countrygirl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 sierpnia 2014

Wstałam, jak zwykle około godz. 6:30. W domu było wyjątkowo chłodno. Zaskakująco chłodno, nawet jak na sierpniowy poranek. Termometr za oknem bezlitośnie wskazywał 9 stopni Celsjusza...Wciągnełam na nocną koszulkę sweter i poszłam do kuchni, by zrobić sobie kawę. Kiedy poczułam pod palcami ciepło kubka zrobiło się od razu dużo przyjemniej...

Jak co dzień, włączyłam TV, aby zobaczyć, co nowego w wielkim świecie polityki. I nagle pojawiła się wiadomość. Smutna. Przeogromnie dołująca.

Odszedł Robin Williams. Niezapomniany profesor Keating. Ekscentryczny spiker Cronauer z rozgłośni w Wietnamie. Przekomiczna pani Doubtfire. Szalony włóczęga Parry. Wrażliwy psychoanalityk Maguire. Niezwykle czuły doktor Sayer. Podstarzały Piotruś Pan. Wszystkie role zagrane na 100%, Przekonujące i zapadające w pamięć na zawsze.

Czasem jest tak, że znany KTOŚ umiera i nie robi to większego zamieszania.

A czasem jest tak, że odchodzi ktoś, kto był częścią Twojej młodości i nagle czujesz, że coś się skończyło. Że nagle jakiś etap w życiu się zamknął i że świat od tej pory nie będzie już tym, czym był jeszcze wczoraj.

Tak właśnie poczułam sie dziś rano...

16:12, countrygirl
Link Komentarze (4) »
czwartek, 07 sierpnia 2014

Akcja "Jedz jabłka - na złość Putinowi"  zatacza coraz szersze kręgi. Jabłka publicznie jedzą politycy, dziennikarze, artyści, aktorzy i tak zwani celebryci.  No to jem i ja. A kto bogatemu zabroni? Phi!

Co ciekawsze - akcja ta odbija się pozytywnym (cóż za zdziwienie!) echem na całym świecie. No bo wiadomo, statystyczny Polak to pijak, brudas, awanturnik, malkontent i do tego zawistnik. No i oczywiście tak zwany "kozak" - że co, że niby JA nie mogę?! JA???  I tu proszę - okazuje się, że jak trzeba, to nawet Putinowi w zabawny sposób Polak może środkowy palec pokazać. Dosadnie, ale z poczuciem humoru i z dystansem do samego siebie.

Akcja akcją, wiadomo, całego zapasu jabłek nie przejemy. Oczywiście, wszyscy mamy gdzieś z tyłu głowy zapaloną czerwoną lampkę, że Putina to wcale chyba jednak nie śmieszy i że tak naprawdę to taka akcje problemów ministra Sawickiego nie rozwiążę. Można sobie oczywiście twittnąć fotkę z jabłuszkiem ale wiadomo, że to raczej żart aniżeli wielkie kościuszkowskie pospolite ruszenie. Dalej na Moskali! No cóż, najwyżej będziemy przez kolejne kilka lat jedli szarlotkę z przetworzonych na mus zalegających polskie sady jabłek...

Tak czy inaczej - ja jabłek nie lubię, ale zaszkodzić mi one nie zaszkodzą, a co zdrowsza będę, to będę. Ot co!

Wrzucam zatem swoją słitfocię z papierówką kupioną dziś rano na rynku od pana Stasia. A w głowie mam Robaczka: "A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta! Mam chęć na befsztyczek!"

 

15:43, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 lipca 2014

Właśnie uświadomiłam sobie, że za miesiąc o tej porze będę biegała po księgarniach w poszukiwaniu podręczników i ćwiczeń do klasy pierwszej. Będziemy wspólnie z Młodą buszować pomiędzy półkami, wybierając zeszyty, wycinanki, piórniki, kredki,ołówki, plecak, worek na kapcie, klej, gumki, okładki...

Zawsze lubiłam te przygotowania. Pamiętam, kiedy w schyłkowych czasach PRL, szaro-niebieskie zeszyty z makulatury ubierałam w okładki z tapety  - jedyny kolorowy akcent, jaki był dostępny, a dzięki temu nasze książki i zeszyty choć trochę różniły się od siebie. Samodzielne kreślenie marginesów, podpisywanie - najpierw przez mamę, później osobiście - kaligrafowanymi literami "Język polski","Matematyka" itd... Z taką samą niecierpliwością co na ostatni dzwonek czekałam i na ten pierwszy. Cieszyłam się, że spotkam się z koleżankami i kolegami, choć z większością i tak widzieliśmy się codziennie, na podwórku, do późnego wioeczora. Wszak pół wakacji spędzało się pod blokiem, na trzepaku, bawiąc się w podchody, chowanego, skacząc w gumę i zajdając brudnymi łapami chleb z piaskiem ;-)

A dziś jestem rodzicem i sama nie wiem, czy czekam na tego 1 września, czy raczej chciałabym aby czas się zatrzymał tu i teraz... Pierwszy dzwonek napawa mnie lękiem - czy moje dziecko, które przecież dopiero co połączone było pępowiną, poradzi sobie w dżungli... Pierwsza klasa... Pierwsze dni nauki... Pierwsze prawdziwe obowiązki... Niby to samo przeżywałam 4 lata temu, kiedy oddawałam swe dziecię pod opiekę kompletnie obcych pań przedszkolanek. Ale...teraz martwię się innymi rzeczami i z pewnością w dużej mierze niepotrzebnie i na wyrost... Czy odnajdzie się w nowym środowisku? Czy trafi na panią, która będzie potrafiła wyłuskać z niej to, co najcenniejsze? Czy będzie siedziała z przyjaciółką z przedszkola? Czy nikt nie będzie się z niej wyśmiewał? Czy nikt nie będzie jej dokuczał? Czy będzie potrafiła się odgryźć złośliwym komentarzem?

Czas tak szybko leci... Chwile bezpowrotnie umykają... Może więc lepiej zamiast bez sensu martwić się czymś, co może w ogóle nie nastąpić, pojechać razem na wycieczkę rowerową, siąść na pomoście i wspólnie pochlapać nogami w jeziorze... Mam wrażenie, że to ostatnie takie w życiu wakacje...

 

 

źródło zdjęcia: www.fotolia.com 

 

15:43, countrygirl
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 marca 2014

"W co się bawić, w co się bawić, gdy możliwości wszystkie wyczerpiemy ciurkiem?"  - pytał Wojciech Młynarski; zapytuję również ja. Ja i zapewne wielu innych rodziców. No bo co tu robić, gdy już nie mamy ochoty po raz setny przekładać kubeczków z jednego pudełeczka do drugiego, puzzle wszystkie już poukładane i to po kilka razy,pionki do gry w chińczyka zdarte, no i ile można budować miasta z klocków? Oczywiście - pomysłów może i jest mnóstwo - można wyjść na spacer, można rysować, lepić z plasteliny, grać w piłkę, ale... czasem po prostu chce się niedbale zapaść w miękkim fotelu, zdjąć papciuszki i nonszlancko pokiwać gołym dużym paluszkiem. Albo... zrobić coś niebanalnego...

Oczywiście, można się zaopatrzyć w ciekawą propozycję - jak np. "Nauka i draka, czyli jak zadbać o zdrowie przedszkolaka i uczniaka"- TUTAJ. Można skakać na trampolinie, turlać sie wspólnie po macie czy tez zainstalować zwisającą z sufitu platformę, ale... nie zawsze ma się ku temu możliwości.


Ale, ale. Można też spędzić wieczór czy popołudnie czy też przedpołudnie z dzieckiem (a konkretnie z córką) bardzo przyjemnie i kreatywnie jednocześnie. A jako że jestem zdania, że zarówno rozwój fizyczny jak i intelektualny są na równi ważne, można spróbować zgrabnie połączyć jedno z drugim niczym wash & go! Jeśli mama - tak jak ja - jest niespełnioną artystką (OK, może być, że ze spalonego teatru), można wspólnie z latoroślą zrobić piękne spódniczki tutu. Wierzcie mi - skoro ja dałam radę i nie zniszczyłam materiału, to każdy, absolutnie KAŻDY jest w stanie zrobić taką spódniczkę samodzielnie. Potrzeba jedynie ok. 6 meteów tiulu lub szyfonu, wstążki do przewiązania w pasie i odrobiny wolnego czasu.

Trzy godziny pysznej wspólnej zabawy, kilka pęcherzy na palcach (od cięcia materiału nożyczkami - ciężko!), ale frajdy i emocji przy robieniu - co niemiara!! No i podczas wspólnego prezentowania baletowych kroków - ileż spalonych kalorii! Ileż mięśni współgrających ze sobą !!! Stópka w prawo, stópka w lewo, rączka w górę, nóżka w bok, kocie grzbiety, foczki, motylki, plié...

 
A zatem wystarczy założyć tutu, body i włączyć muzykę - ot choćby "Walc Kwiatów" Piotra Czajkowskiego, przebrać się i tańczyć, tanczyć, ile tchu w piersiach!!!

22:37, countrygirl
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 lutego 2014

To nie jest zbiorowa histeria. To nie efekt medialnego szumu, I nie efekt dzikiego tłumu. To odruch serca! Zwykły ludzki gest. Taki sam, jakie nam okazywano 25 lat temu, kiedy Zachód kibicował nam w walce o naszą wolność.W tej całej zawierusze przypomina mi się nasza historia najnowsza. My też mogliśmy w taki sam sposób walczyć o naszą niepodległość... Nasz rok 1989 mógł wyglądać tak, jak na Ukrainie... I Bogu dziękuję za naszą polską mądrość w tym czasie (brzmi jak oksymoron - prawda?) i  za rozmowy Okrągłego Stołu...

To była chwila. Codziennie rano niecierpliwie włączam telewizor, odpalam intetrnet... Każdego wieczora oglądam relacje z Majdanu... Jestem zdruzgtana sytuacją na tym niegdyś najpiękniejszym, reprezentacyjnym placu Kijowa. Dziś - pogorzelisku... Z dziesiątkami rannych i zabitych precyzyjnymi strzałami w głowę, w serce... Ludźmi takimi samymi, jak my, którzy jedyne czego chcą, to być Europejczykami.

Dlatego działając pod wpływem chwili - dziś łączę się z narodem ukraińskim. Jestem z nim i chcę to pokazać - choćby tą symboliczną niebiesko-żółtą kokardką...

10:27, countrygirl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 lutego 2014

Po raz kolejny, nie wiem już który, stwierdzam, że RUCH MNIE KIEDYŚ ZABIJE.

Tak, wszelka aktywność fizyczna - poza tym, że bywa przyjemna i po drugiej ciąży jest jak najbardziej wskazana - mi nie służy. A jednak...ponownie podjęłam próbę . Najpierw masa - potem rzeźba, a zatem wyciskam poty, biegam, i spalam zjedzone w ciągu dnia kalorie. Niestety, na każdym kroku, życie mi mówi "nie idź tą drogą" i pcha mnie w odwrotnym kierunku. Ja walę dziada między oczy i mówię: NO WAY!. Wbrew głosowi wewnętrznemu i wbrew logice mojej w ogóle - idę ćwiczyć.

Dostałam więc za swój upór i determinację... Wczoraj, z wrodzonym sobie wdziękiem, i z gracją modelki na wybiegu (lub - jak kto woli - gwiazdy na czerwonym dywanie), ległam jak długa tuż pod samym wejściem do fitness clubu. Buahahahaha!!!! Musiałam wyglądać mniej więcej tak:

(Też miałam wczoraj niebieską sukienkę i też jestem blondynką;-) Tylko w odróżnieniu do Carmen, nie rzucałam tak zalotnych całusów gapiom wokół...)

Ubaw miała połowa ludności, zgromadzonej przy sztangach oraz na bieżniach i pani w recepcji. Ubaw miałam i ja. A jako że jestem osobą z dość dużym dystansem do siebie i traktującą siebie z dość pokaźną dawką humoru, wstałam i otrzepałam piórka i pozbierałam porozrzucane w promieniu dwóch metrów komórki, lakiery do paznokci, skarpetki młodej, gryzaki młodego, klucze, długopisy, stare rachunki za prąd, ulotki, zostawione za wycieraczką samochodu. Ot - damska teorebka - kopalnia skarbów i studnia bez dna!

Na płaskich obcasach i na równym podłożu... O własne nogi się potykając... No cóż, dobrze, że tylko kolana poobijane i nadgarstek lekko siny. Pasuje mi do koloru oczu!

 

 

14:19, countrygirl
Link Komentarze (4) »
środa, 12 lutego 2014

Mówią, że świat pogrążony w kryzysie. Że idziemy ku zagładzie. Że Dzień Sądu już bliski... Upadki gigantów finansowych, bezrobocie, "bestie" wychodzą z więzienia, Ukraina w ogniu, GMO, trzęsienia ziemi, tsunami...

Strach się bać...

A dla mnie zaczyna się nowy okres. Nowy ciekawy czas. Ukoronowanie mojej pracy i spełnienie mojej pasji! Czas pełen wyzwań. Czas wspaniałej przygody, która być może przerodzi się w coś więcej. A może na zawsze pozostanie li tylko cudownym epizodem...

Nieważne. Potrzebuję tylko mniej snu i nieco więcej cierpliwości. Reszta się poukłada. Mam przecież wokół siebie ludzi, którzy mi sprzyjają...

15:38, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 lutego 2014

Ja i Mój Mąż... Dziwna z nas para...Trudno znaleźć dwoje bardziej od siebie różnych ludzi. Ja-ogień, On-woda. Ja-huragan, On-siła spokoju. Ja-chaotyczna, On-skupiony. Ja-hipis, On-komandos. Ja zafiksowana na mediach społecznościowych, blogach, On-antysocialmediowy. Ja-domowa bogini, On-powsinoga, obieżyświat. Ja-śpiewająco kłamiąca,grająca na nerwach, On-moralnie czysty jak kryształ. Ja-zawieram znajomości nawet w kolejce po karpia, On-obserwuje z boku. Ja-slomiany zapał, On-długotystansowiec. Ja-czerpiąca energię ze świata i z innych ludzi, On-z kosmosu. Ja-kocham koty, On-psy, Ja-kamikadze na drodze, On-jeździ jak rodowity Niemiec, Ja-bezczelna, On-wyważony. Ja-mielę jęzorem od rana do nocy,On-milczy. Ja-ranię słowami, On-nie żałuje niczego...

Lubimy inne książki, oglądamy inne filmy, słuchamy innej muzyki. Preferujemy inny styl ubierania się, inaczej jemy, inaczej wychowujemy dzieci. A jednak jest coś, co nas łączy. Coś poza kredytem i dziećmi. Coś, co jest trudne do uchwycenia. Coś, co sprawia, że mimo wszystko cały czas jesteśmy jednym. Że nie wyobrażamy sobie jutra bez siebie. Że wciąż po różnych zawieruchach zasypiamy przy sobie, rozmawiając nie o dzieciach, tylko o nas. I ciągle nas siebie mało...

I kiedy tak to piszę, to sobie uświadamiam, że walę w tynki niedługo;-)

13:57, countrygirl
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 stycznia 2014

Mistrz ciętej risposty i geniusz absurdu - Oscar Wilde pisał "Mogę się oprzeć wszystkiemu, z wyjątkiem pokusy". No to ja znowu o książkach... To jedna z tych małych (acz kosztownych - co by nie mówić) słabostek w moim życiu, której w żaden sposób nie umiem się oprzeć. Ba! Nawet nie chcę! Mogę odmówić sobie wielu rzeczy - wyjścia do kina, nowej kiecki czy pary szpilek, butelki wina, wizyty w salonie piękności, ba - nawet sen ograniczam, byle tylko móc zagłębić się w fotelu, pod kocem, z kubkiem aromatycznej herbaty czy rozgrzewającej gorącej czekolady z chili. Uwielbiam ten moment, kiedy otwieram nową książkę, wdycham zapach farby drukarskiej i poznaję fakturę okładki delikatnym jej głaskaniem... Lubię też wracać do książek, które czytałam już po stokroć, na nowo odczytywać zaznaczone markerem ważne zdania czy robić na marginesach kolejne osobiste notatki... Może dlatego za bardzo nie lubię pożyczać książek, no chyba że zaufanym osobom. To zbyt mocny coming-out...

Wczoraj przyszła świeża dostawa książek z wydawnictwa Znak. Pozycje, które z pewnością będę przeżywać i czytać ze ściśniętym gardłem Nie przepadam za książkami z nurtu tak zwanych "lekkich, łatwych i przyjemnych". O ile lubię się pośmiać przy polskich komediach Barei, o tyle w książkach szukam refleksji, zastanowienia, a czasem nawet pały po głowie. Uwielbiam wszelkiego rodzaju wspomnienia, reportaże, biografie, pamiętniki, dzienniki... I moje nowe nabytki takie właśnie są.

Biografia Kieślowskiego specjalnego komentarza nie wymaga. To chyba mój ukochany reżyser, wspaniały człowiek, mądrość sama w sobie. Jego filmy były ze mną zawsze a jego śmierć przeżyłam jak odejście kogoś bliskiego.  Z kolei "Wypalanie traw" Wojciecha Jagielskiego oraz "13 wojen i jedna" Krzysztofa Millera to reportaże. Pierwsza - korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego (o książce jego żony - Grażyny Jagielskiej pisałam tu), a druga fotografa wojennego, który na własnej skórze przeżył największe konflikty ostatniego półwiecza (Afganistan, Gruzja, Kongo). Nie mogę się doczekać...

15:46, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26