May you always do for others and let others do for you...
RSS
poniedziałek, 13 stycznia 2014

Podobno sport to zdrowie. A w zdrowym ciele zdrowy duch. Tiaaaaa.... Dawno się tak nie uśmiałam. Bo w moim przypadku działa jakieś cholerne prawo Murphy'ego. Jeśli coś może Ci się przydarzyć - to z pewnością się przydarzy. A jak możesz coś spieprzyć w swoim i tak już szwankującym organizmie - to tak z pewnością będzie!

Ale po kolei. Trzy lata temu biegałam. Truchtałam sobie po lesie. Po trzech miesiącach skręciłam w kostce nogę. Przerwa w ruchu. Rok później zaczęłam chodzić na zorganizowane zajęcia fitness i po czterech miesiącach - zaszłam w ciążę. Nie to, żeby na zajęciach... Ale tak to się jakoś wszystko zbiegło w czasie. Więc znów musiałam zrezygnoiwać z ekstremalnych wygibasów. Pomyślałam więc, że jest to dla mnie jakiś sygnał, żeby dać sobie spokój. A jak wieść gminna niesie - matki, opiekujące się więcej niż jednym dzieckiem -  fitnessu mają po kokardę, zatem rzekłam sobie w duchu: "A co mi tam! Chrzanić fitness!"

Syna porodziłam, biegałam po sto razy dziennie po schodach - w tę i z powrotem, schylałam się, podnosiłam, unosiłam, przewijałam, skakałam i wiłam się jak fryga... Po kilku miesiącach, stanęłam przed lustrem i mówię do swojego odbicia:

"Zwierciadełko powiedz przecie - kto jest najsuperowszą lufą w świecie?"

A moje vaity fair mi bezczelnie odpowiedziało: "Buahahahahahahahaha!!!!!!!!!!!!"

Tak tak, tam w lustrze to niestety ja... Popatrzyłam smętnie na siebie, na obwisy i zwisy a także na tę górę łachów, w które się nie mieszczę i powzięłam decyzję: "Do trzech razy sztuka!"

Zapisałam się do fitness-klubu. Biegam drugi miesiąc. Dwa-trzy razy w tygodniu po 45 minut. Nie żeby pot po dupie leciał, ale staram się nie obijać. Staram się też nie przeżerać (choć z tym jest gorzej).

No i tu przechodzę do punktu kulminacyjnego. Wczoraj postanowiłam spędzić uroczą godzinę na lodowisku. Wraz z Młodą wybrałyśmy się na ślizgawkę. Ważne: pierwszy raz w życiu miałam łyżwy na nogach. Poszło mi nad wyraz świetnie - muszę się pochwalić. Przez 50 minut jeździłam raz lepiej, raz gorzej - grunt, że ani razu nie zaliczyłam gleby. Jak na pierwszy raz całkiem nieźle. I nagle: łup! Leżę. Nie na tyłku - upadłam na oba kolana. Bolało.

Bolało też w nocy.

Boli i teraz. Mówię więc pas!

Trudno - nie jest mi po drodze z wysiłkiem fizycznym. Nie jest mi pisane wyglądać jak Penelope Cruz....Chyba jestem skazana na to, by już na zawsze pozostać grubą babą z cellulitem na dupie...

 

16:08, countrygirl
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 stycznia 2014

W zasadzie, to po co komu przyjaciel - przyjaciółka? Czasu mało, dzieci, dom, praca, szkoła, zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie, organizowanie, miliony spraw na głowie. Ani się obejrzę, a już jest godz. 22 i padam na twarz. Nie mam czasu na towarzyskie spotkania niczym z kultowego "Sex and the City". Nie mam siły.

A jednak..... Bezcenna jest świadomość, że gdzieś jest KTOŚ, kto rozumie Cię zanim zdążysz cokolwiek wyjaśnić. Że jest ktoś, kto dzwoni w momencie, w którym wybierasz na smartonie jego numer. Że jest ktoś z tak samo poprzestawianymi klepkami w głowie, jak Ty... Że w ciągu dnia chcesz znaleźć choć kilka minut, by zadzwonić i zapytać: "co masz dziś na lunch?" albo "jaki masz dziś kolor lakieru?"

Moje Przyjaciółki. Są tu i teraz. Nie wtedy, kiedy jest źle. Nie wtedy, kiedy potrzebuję dużej ilości wina lub dużej ilości gotówki na psychoterapeutę. Choć wtedy są też.  Ale nie chcę poznawać przyjaciół w biedzie. Chcę się cieszyć z nimi życiem, dniem dzisiejszym, ich sukcesami, ich radościami, ich zwykłymi sprawami... One są.  Są na co dzień. Po prostu są.

Katja - Szalony Kapelusznik. Siostra - Skorpion. Wielbicielka mody i retro-stylu. Prawdziwa kobieta. Czasem - do rany przyłóż. Czasem potrafiąca strzelić takiego focha, że nawet ja wymiękam i usuwam się jej z drogi. Łatwopalna. Humorzasta. Jak letnia burza  - gwałtowna, z piorunami, ale szybko wystawia tęczę. Gdybym miała określić Kasię obcymi słowami, to pasują do niej jak ulał słowa piosenki Renat Przemyk  "Tańczę na stole". Dziewczyna do tańca i do różańca. Potrafi namówić mnie na srebrne włosy, słitfocie w Instagramie i na zjedzenie połowy Dacquoise (niestety, gorzej już ze wspólnym wyjściem, by spalić te milion kalorii). Wierna czytelniczka i surowa recenzentka wszelkich moich pseudo-pisarskich poczynań.

Agnieszka - Bratnia Dusza. Czasem mam wrażenie, że zna mnie lepiej niż ja siebie. Inspiruje, daje kopa, dodaje skrzydeł...  Czasem też wycisza, powoduje, że ogarniam swoje emocje i czeszę myśli nieuczesane... Dała mi wiarę w siebie, w ludzi - że mimo wszystko są dobrzy. Z Agnieszką jest tak, jak w książce Claudie Gellay: "Niektórym ludziom jest pisane się spotkać. Niezależnie od tego, gdzie się znajdują czy dokąd się wybierają, któregoś dnia na siebie wpadną." Jest moim codziennym sekretnym dziennikiem... Wariatka - ciągnie swój do swego;-) Zakręcona. Kochana. Bardzo żałuję, że nie mieszka bliżej...

Dziewczyny, dziękuję, że jesteście każdego dnia...

 

11:01, countrygirl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 stycznia 2014

Grudzień mi przeleciał przez palce. Zamiast cieszyć się świątecznymi dzwoneczkami, szurać radośnie mietłą w rytm "Rockin' around the christmas tree", wdychać zapach świeżutkiej choinki ubranej w pierniczki, złote kokardki i świecidełka - dzwoniło mi w uszach, szurałam kapciami z powodu lenistwa połączonego z niezbyt dobrym samopoczuciem swoim i domowników, a z mietłą miałam tyle wspólnego, że miotałam się co rusz z punktu A do punktu B, a potem do C, D... itd. kończąc swoją codzienną podróż gdzieś koło godziny 18. Kończyłam oczywiście ze słowami - a jakże - grudniowej piosenki: "Janek Wiśniewski PADŁ" z mocnym akcentem na PADŁ. Dobrze więc, że skończył się grudzień, skończył się rok i skończyło się (mam nadzieję) pasmo niemocy i niechęci z roku 2013. Amen!

Ale nie byłabym sobą, gdybym jednak w tym całym zamieszaniu i pędzie nie dostrzegła pozytywów. Były, a jakże! Było cudne, wzruszające przedstawienie przedszkolne "Królowa śniegu", w którym Młoda grała tytułową rolę. Były pierwsze świąteczne "ałtficiki" Kalafiora. Poza tym - grudzień okazał się być miesiącem, który przyniósł mi sporo satysfakcji zawodowej i realizacji moich szumnych pasji. Miesiąc nowych znajomości - także wirtualnych, niemniej dodających mi skrzydeł, inspiracji i uśmiechu ot tak - codziennego!

Szerokich podsumowań zatem nie będzie. Tym bardziej - nie będzie noworocznych postanowień, bo z nich nigdy nie wynika nic poza frustracją, że znów nie udało się ich dotrzymać. Ale za to - adekwatnie do swoich możliwości i predyspozycji - rzeknę jedynie: w 2014 roku będę dla siebie dobra. I tej wersji się trzymajmy!

 

16:12, countrygirl
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 grudnia 2013

Dziś nie będzie z przekąsem, ironią, ani z sarkastycznym poczuciem humoru. Dziś będzie słodkopierdząco i landrynkowo. Zatem jeśli ktoś nie lubi takiego stylu, niechaj dziś opuści ten lokal. Dziekuję, Wychodzimy.

Święta Bożego Narodzenia są wyjątkowym czasem. Magicznym okresem wyczekiwania, drżenia serca w niepewności i napięciu. Czasem, kiedy myślimy ciepło o bliższych i dalszych, choć za oknem mróz i śnieg trzaska pod kozakami. To czas, kiedy wypatrując pierwszej gwiazdki myślimy o naszych pragnieniach, robimy szybkie resumee przed samym sobą, by upewnić się, że byliśmy grzeczni i że z pewnością nie zasłużyliśmy na rózgę od Grubasa w czerwonej czapie i z długą białą brodą... Bo święta to czas, kiedy nasze marzenia się spełniają.

To także czas, kiedy jakoś łatwiej nam przychodzi pomoc innym. Ładując na supermarketowy kosz worek z trzema karpiami, dwoma kilogramami kiszonej kapusty, wiadrem majasów, skrzynką mandarynek i kartonem czekoladowych mikołajów - czemuż by nie dorzucić zgrzewki mąki i ryżu, by te zaraz za kasą przełożyć do stojącego za kasami kosza z Caritasu? Organizujemy Szlachetne Paczki lub chociażby dokładamy się do nich. Kupujemy kartki świąteczne malowane ustami czy nogami czy w końcu przepłacamy trzykrotnie za opłatki, wciskane nam przez hipermarketowe Aniołki. Ot, wszystko z dobrego serca. I nie jest ważne, że to takie nasze zagłuszanie własnego sumienia, poczucia winy, że na co dzień nie mamy czasu aby pomóc komuś indywidualnie. Nie ma znaczenia fakt, że to tylko efekt tłumu i sztucznie wywołanego poczucia solidarności, bo w święta nikt nie powinien być sam i nawet Kevin ostatecznie nie spędzał świat sam ani w domu, ani w Nowym Jorku...

A teraz przechodzę do meritum. Tak, wierzę głęboko w dwie banalne sprawy. Po pierwsze - że marzenia się spełniają. I po drugie - że cudownie jest robić coś dobrego dla innych całkowicie bezinteresownie i czuć się przez to dobrym (czy choćby tylko odrobinę lepszym) człowiekiem. Polecam zrobić coś miłego drugiej osobie, kompletnie nieznanej - to naprawdę fajne uczucie, kiedy uśmiechasz się na ulicy do nieznajomego, a on patrzy na ciebie jak na wariata, któremu nie wiadomo o co chodzi. Jakiś czas temu zostałam poproszona o wzięcie udziału w ciekawym projekcie. O napisanie krótkiego felietonu na temat... dowolny, łączący się z macierzyństwem. O napisanie kilku zdań na temat swoich radości i smutków, które wpisane są w bycie mamą. O czym chcę. Zatem napisałam o dość specyficznej relacji i wymianie ognia na linii JA MATKA - BABCIA. Bo babcie kochają swoje wnuki bezgranicznie, prawda, ale dlaczego słowo "KOCHAĆ" znaczy dla nich coś zupełnie innego niż dla rodzica? Trzecia edycja książki "Macierzyństwo bez lukru" TU właśnie ukazałą się na rynku i mam ogromną przyjemność polecić ją Wam nie dlatego, że tam i ja jestem, ale przede wszystkim dlatego, że cały dochód z tej książki idzie na rehabilitację małego Mikołaja. Każdy zakup to wymierna pomoc dla niego. Zatem zachęcam - zwłaszcza teraz, przed świętami - do zakupu TU, do pomocy, do czytania... Do przekazania małej gwiazdki prosto z Waszych serc...

Tym, którzy mimo wszystko zdecydowali się dziś zostać i przeczytać ten słitaśny post - dziękuję. Dziękuję w imieniu swoim i Mikołaja, dla którego to wszystko...To dzięki Wam to wszystko ma sens...

PS. Na obu blogach dziś to samo, ale...taki czas, taka sprawa, taka sytuacja...

 

10:50, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 listopada 2013

"Idzie zima" - powiedział wczoraj Mąż, wchodząc do domu po wieczornym spacerze z psem. Powiedział to mniej więcej z taką samą pewnością, z jaką nie przymierzając - Antoni Macierewicz oznajmia kolejne rewelacje na temat przyczyn katastrofy samolotu TU-154 dnia 10 kwietnia 2010 roku. Zatem, czekam na zimę. Czekam na śnieg. I czekam na mróz. Z kończącą się anginą w gardle, z kubkiem ciepłej kawy z nutą wiśniową w jednej dłoni i z książką w drugiej. Za oknem pogoda sprzyjająca niewychodzeniu spod kołdry, a tu wstać trzeba i  jeszcze się ogarnąć. Ba! Ogarnąć nie tylko siebie, ale i młode pokolenie. Ubrać siebie, wyszykować młodzież, nałożyć na twarz elewację frontową i z przyklejonym uśmiechem ruszyć na podbój nowego dnia!

Dobrze, że zbliża się mój ulubiony czas, czyli magiczny czas Świąt Bożego Narodzenia. Kocham ten okres, choć wiem, że zdecydowanie NIE jestem w mainstreamie, jeśli chodzi o to chodzi i uwielbiam go od zawsze.

Tak, mam już świąteczny obłęd. Ciasto na piernik dojrzewa w spiżarni, nalewka kawowa nabiera mocy. Zabieram się za wycinanie i klejenie kartek świątecznych do przyjaciół. Czekam na dźwięki Last Christmas w radiowej Trójce, List do świętego Mikołaja już wysłany. I - jak co roku - czekam na książki pod choinką. Różne, różnorodne. Każda ucieszy, każda będzie pięknie pachniała. Każdą przeczytam. W tym roku zachorowałam także na nową płytę Waglewskich, na perfumy Elie Saab, na retro-fartuszek Cookie, na różową spódnicę marki Lof Ju, którą miała na sobie Małgorzata Ohme podczas Gali "Serca Gagi", i jeszcze  na czółenka z motywem Małego Księcia, których nie widziałam NIGDZIE.

Uff ...koncert życzeń!

Ale wracając do książek. wpadłam w ubiegłym tygodniu do pewnej sieciowej księgarni i zwariowałam. Inna sprawa, że w księgarniach zawsze wariuję i gdybym tylko miała po temu odpowiednie fundusze, wyniosłabym stertę książek ważących z całą pewnością więcej niż ja. Tyle nowości! Tyle cudeniek! Niestety, również niemało chłamu. Ale z pewnością część książek zasługuje na to, by pojawić się mojej bibliotece. I jeśli tylko będzie mi dane zaprzyjaźnić się z nimi w tym roku - z pewnością napiszę moje subiektywne recenzje.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

14:54, countrygirl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 października 2013

Czasem trudno jest ot tak - "po prostu" wyjść z domu...Zamknąć drzwi, za tymi drzwiami zostawić swój codzienny świat, wszystkie troski, kłopoty, choroby, całe swoje zmęczenie...Ale czasem wystarczy właśnie na 2-3 godziny te drzwi zamknąć, by doznać cudownego i oczyszczającego przewietrzenia mózgu. By z nową siłą i energią wkroczyć w nowy tydzień, kolejne niełatwe pięć roboczych dni. Byłam wczoraj na koncercie Czesława. Czesława uwielbiam! Kocham jego sarkazm, jego poczucie humoru, jego kontakt z publicznością, jego luz i otwartość. Czesław śpiewać za bardzo nie potrafi (to moje zdanie), ale rasowy z niego "szołmen". To nie był koncert - to był performance w pięknym stylu! Wspaniałe dwie godziny w przemiłym towarzystwie mojej ukochanej sąsiadki. Ekipa Czesława, zwłaszcza Karen, powaliła wszystkich grą na klarnecie, saksofonie i swoim boskim altem. Była moc!

I nawet fakt, że odeszło dwóch niezmiernie ważnych w moim życiu mężczyzn - wczoraj Lou Reed a dziś Tadeusz Mazowiecki - nie jest w stanie zniszczyć moich pozytywnych emocji. Mimo że dziś poniedziałek, mimo że wyjątkowo trudny tydzień w pracy, mimo że zapalenie oskrzeli w domu szaleje i w związku z tym domowa logistyka napięta - cały czas wirują we mnie mega, MEGA pozytywne emocje! I dziękuję wszystkim, którzy w mniejszym lub większym stopniu dają mi ten POWER!

Lou, dziś spiewam razem z Tobą, gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest...

 

09:37, countrygirl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 października 2013

A co mi tam - sama sobie składam życzenia!

09:51, countrygirl
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 października 2013

Zdjęcia dzieci dużych i malych, blogi parentingowe, magazyny o pielęgnacji bobasków - nie rozczulają mnie ostatnio a denerwują. Nie - nie denerwują - wkurwiają! Przez duże W! Macierzyństwo tak nie wygląda. Macierzyństwo jest wieczną udręką, pracą Syzyfa, niedocenianą przez nikogo orką na ugorze, harówką od rana do nocy. I w nocy. Bachory ze słitaśnych sesji zdjęciowych bardziej przypominają mi laleczki Monster High niż bobaski, którymi zwykłam się bawić, gdy byłam małą beztroską dziewczynką z mysimi warkoczykami. Long time ago...

Może to kwestia zbliżających się kolejnych urodzin. Może jesienna aura za oknem. Może totalne wyczerpanie fizyczne i psychiczne...

Jestem przemęczona, zdołowana, zdeptana, przygnieciona, niczym niezainteresowana. Zmęczona życiem, pogodą, rodziną, mężem, dziećmi, sobą. Nie chce godzinnego masażu ani całodziennego pobytu w salonie SPA. Nie chcę nowej stylizacji na paznokciach, ani bukietu lilii. Nie chcę nowej kiecki, butów, Dżizas, nawet nowej książki nie chcę! Chcę odrobiny wolności. Chcę znów siebie!

HELP ME, PLEASE!

 

14:28, countrygirl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 października 2013

Kilka dni temu telewizja pokazała po raz kolejny jeden z moich ulubionych filmów – „Czułe słówka”.  Nie, nie jest to dla mnie melodramat, tylko film ze świetną obsadą, z piękną muzyką i o najpiękniejszej i jednocześnie najbardziej traumatycznej z możliwych relacji. O relacji matka-córka. 

Ten film, ubiegły weekend, rozmowa z Sylwią, codzienne spotkania z moimi rodzicami – to wszystko uświadomiło mi to, co psychologowie i psychoterapeuci wiedzą od dawna. Że choćby nie wiem jak się starać, ten układ jak żaden inny wywiera na naszej psychice piętno niczym szkarłatna litera. Nie znaczy, ze jest zły czy bolesny. Ale wiem, że nie wymiksuję się z tego układu nigdy i w żaden sposób. Bo to są nie tylko więzy krwi. Bo fakt, że przez 9 miesięcy (w moim przypadku 7) byłyśmy jednym organizmem zacieśnia dozgonną pępowinę emocjonalną, chociaż ta fizyczna została dawno odcięta. Bo – jak to pięknie napisała Oriana Fallaci – „Nawet jeśli w swej dobroci i szczodrości nie dokonała innych dobrych rzeczy, fakt, że mnie urodziła, był dla mnie wystarczającym uzasadnieniem jej istnienia.” Bo mając lat 36 nadal słyszę: „tak zimno, a ty bez czapki chodzisz…”

Czy tego chcesz, czy nie – Mama jest obecna w każdym momencie Twojego życia. Kiedy masz kilka lat – robisz wszystko, by stać się taka jak Ona. Kiedy masz lat naście – robisz wszystko, by być w kontrze. Kiedy zakładasz swoja rodzinę mówisz sobie – „nigdy nie chcę/ nie będę taka jak Ona” A potem któregoś dnia się orientujesz, że jesteś dokładnie taka sama… I to jest ten moment, kiedy nie ma już odwrotu. Kiedy stajesz się swoją własną matką…I kiedy w pełni świadomie możesz przyznać przed samą sobą: „Jestem z tego dumna!”

15:02, countrygirl
Link Komentarze (2) »
środa, 02 października 2013

Rozważam niepłacenie rachunków za telewizję. W zasadzie to podjęłam już decyzję, że nie płacę. Niech odłączą w cholerę! W ostatnich dniach zdałam sobie sprawę, że w telewizorni leci dno intelektualne. Jedyny lubiany przeze mnie kanał TVP Kultura też jakby nieco zszedł...Zrobiwszy rachunek sumienia zdałam sobie sprawę, że jedyne, co oglądam regularnie, to:  "Czas honoru", "Rodzinka.pl" , Fakty i Voice of Poland. W sumie w zaokrągleniu jakieś 6,5 godziny tygodniowo. W dodatku wszystkie w/w pozycje mogę obejrzeć w internecie. Resztę propozycji stacji zarówno państwowych jak i komercyjnych określić mogę jednym słowem: paździerz. A że za paździerz nie zamierzam płacić, stanowczo mówię NIE!. Dodatkowym argumemtem jest fakt, że kojec Kalafiora został ustawiony w salonie, ot - idealnie na wprost telewizora, zatem stojąc i waląc grzechotką w cymbałki głowę ma zwróconą w linii prostej w ekran monitora. I kicha. Kolejny fan Dziesiątej Muzy rośnie jak się patrzy.

Zatem w trosce o rozwój intelektualny kolejnego członka rodzina i w ramach oszczędności budżetu domowego - pudło czas wyrzucić. I będzie spokój!

W domu sezon jesiennych infekcji w pełnej krasie, o czym piszę tutaj.

 

15:01, countrygirl
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26