May you always do for others and let others do for you...
RSS
piątek, 27 września 2013

Wybieram się na czterdziestkę...Będzie to pierwsza czterdziestka w moim życiu (!!!), ale za to wyjątkowa, bo idziemy do przyjaciół bliźniaków. Zaproszenie to uzmysłowiło mi, że nadszedł okres chodzenia na kolejne "dziestki"... Tym razem otwieramy etap czterdziestek. Uzmysłowiłam sobie, że czas leci nieubłaganie... Czasem, że  żal minionych dni, a czasem, że najlepsze dopiero przed nami... Że nie da się cofnąć czasu, ale że ten czas, który jest nam dany możemy sami sobie zagospodarować. Nawet jeśli nie zaplanować, to zapełnić i żyć życiem pięknym - tu i teraz... Bo za chwilę i mi stuknie czterdziestka. I chciałabym, żeby to był fajny czas. Moje pięć minut!

Zatem bez wielkich rozmyślań, przemyśleń i podsumowań - czas pogodzić się z życiem, z czasem, ze sobą...Żeby było pięknie i bez zgagi ;-)

14:31, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 września 2013

Wróciłam do pracy - mam nadzieję - z nową energią, z głową pełną pomysłów i planów. Z radością, że znów jestem wśród ludzi dorosłych, z nowymi wyzwaniami na mej karmiącej klacie, z uśmiechem na twarzy. A przede wszystkim - ze spokojem, że mój Młody został w ramionach najlepszych z możliwych - w ramionach dziadków.

Pierwszy dzień w pracy po ośmiomiesięcznej przerwie to niemalże jak pierwszy dzień nowego życia. Część rzeczy nie zmieniło się ani na jotę. Część spraw przeszło radykalne zmiany. Trupy zaczęły wypadać z szafy, a zamiecione pod dywan tematy, zaczęły wyłazić niczym zielsko na wiosnę. Ale jest dobrze. Nie ma czasu na roztkliwianie się. Mieszanka radości, euforii, ale i niepokoju, jak poradzę sobie ja, jak poradzi sobie mały człowiek, który dotychczas w kryzysowych sytuacjach mógł uwiesić się mamusinej piersi i wszystko grało. Teraz wiesza się na dziadziusiowym ramieniu i wierzę, że jest szczęśliwy.  A gdy przyjdzie właściwy czas - utulimy się do łez i do wieczora nie będę chciała wypuścić go z rąk!

13:40, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 września 2013

Zleciało. Dziś mój Kalafiorek kończy 7 miesięcy a ja za 11 dni wracam do pracy. W przyszły poniedziałek wypiję pierwszą od ośmiu miesięcy kawę z firmowego ekspresu. W przyszły poniedziałek ponownie wpadnę w wir zajęć i problemów innych niż karmienie, ulewanie i ząbkowanie. W przyszły poniedziałek oddam Malucha w ręce najlepsze z możliwych – oczywiście zaraz po tych rodzicielskich. W dziadkowe. Cieszę się. Mimo wszystko.

Brakowało mi już od jakiegoś czasu innego rytmu. Brakowało mi rozmów sprzedażowo-marketingowo-logistyczno-innych. Brakowało mi forsowania tematów handlowych. Brakowało negocjacji z działem informatycznym i księgowym. I brakowało mi tak po kobiecemu – umalowania oka i stukania obcasami po korytarzach. A to wszystko się zacznie 23 września AD 2013.

Oczywiście, zdaję sobie także sprawę z tego, że zaczną się i inne rzeczy. Totalne niedospanie, poranne poirytowanie, ogarnianie siebie i potomstwa jednocześnie, wieczorna nakrętka, jedzenie byle czego, byle jak, byle szybciej i brak czasu lub sił na wieczorne czytanie. Będę musiała w weekendy nadrabiać, aby wyskoczyć poza średnią krajową;-) Ale nic to! Póki co jestem pełna energii, optymizmu i pomimo szarugi za oknem i nieuchronnie zbliżającej się jesieni – smażę z zapałem konfitury, zaprawiam ogórki i wekuję soki. Bo jest we mnie jakiś wojenny syndrom – gdy mam pełną spiżarnie i zamrażalnik, to głowa wolna od trosk!

Pytanie tylko jest jedno. Czy ogarnę ten cały post-macierzyński chaos i czy nie skończy się w kaftanie????? Wierzę, że będzie dobrze!

14:09, countrygirl
Link Komentarze (1) »
środa, 14 sierpnia 2013

Dziś krótko - bo spotykam się z moją nową koleżanką, która - w przeciwieństwie do uogólnionych przez profesora Mikołejko "wózkowych", nazywana jest przeze mnie "książkową". O Andżelice piszę na Pozytywnej Mamie.

A tymczasem podsyłam link sponsorowany, z którego część pieniędzy zostanie przekazana na leczenie Mikołaja, który cierpi na rdzeniowy zanik mięśni. Polecam - mówiąc górnolotnie - wszystkim ludziom dobrej woli! Oglądajcie i pomagajcie Mikusiowi!

Dziękuję!

11:14, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 sierpnia 2013

Kłębowisko myśli i pomysłów różnych dopada mnie zazwyczaj, kiedy moja świadomość jest na granicy jawy i snu. Wtedy to zdania same się układają – ładnie i składnie, i jeszcze do tego sensownie. Problem polega na tym, że wtenczas nie mam ochoty nawet przewrócić się na drugi bok, a co dopiero mówić o wstaniu, odpaleniu kompa czy choćby o spisaniu leitmotiwu na wyświechtanej kartce papieru, jak zwykle leżącej w szufladzie nocnej szafki. Zatem kiedy nastaje blady świt, a ja budzę się jak po ciekawej imprezie – spokojnie i niespiesznie – moja Kalliope mnie opuszcza. Stąd przerwa. Ale nie mam zamiaru się tłumaczyć. Tak jest i tyle.

Większość mojego dnia obecnie pochłania wychowanie dwójki potomstwa oraz realizacja domowego projektu pod tytułem „Wakacje w Krakowie”. Jedziemy z moją ukochaną rodziną  na kilka dni do najwspanialszego i najpiękniejszego miasta, w którym przeszło 20 lat temu spędziłam piękne dni, włócząc się. Do dziś wspominam z kluchą w gardle, jak obok mnie przechadzał się Pan Piotr Skrzynecki… W swej nieśmiertelnej czarnej pelerynie i w kapeluszu z piórkiem. Tak, tak właśnie chadzał na co dzień, po krakowskim Rynku mój ówczesny guru. Kazimierskie ciemne zaułki, Stary Rynek, Piwnica pod Baranami, Planty, Plac na Groblach…

Wspomnienia wspomnieniami, a ja planuję trasy wycieczek, uwzględniających podjazdy dla wózków, punkty gastronomiczne po drodze, rezerwuję wejściówki i szukam dogodnych miejsc parkingowych. Kazimierz, Stare Miasto, Wawel ze Smokiem, ślady Skamandrytów, Młodopolskie trakty, wiecznie otumaniona krakowska cyganeria, stare kościoły, cmentarze, synagogi, duchy getta, Oskar Schindler, historia mroczna i nie tak odległa... Już nie mogę się doczekać. Taka trochę sentymentalna podróż, po latach (byłam tu najpierw jako licealista i później jako narzeczona mojego Męża, włócząc się po krakowskich ulicach nocą i spędzając z nim kilka dni, wartych zapamiętania do końca życia). Tyle że już z Młodym Pokoleniem!

10:17, countrygirl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 lipca 2013

Chata wolna!!! Zostaliśmy, Kalafiorku, w końcu na kilka dni sami. Mama dziś wieczorem przejedzie się na odkurzaczu, potem polata ze szmatą i w pół godziny chata będzie ogarnięta! Z jedzeniem też większego problemu nie będzie. Ty masz mleko zawsze ready-to-eat i swoje słoiki. Ja przez te kilka dni będę się żywiła daniami robionymi w 10 minut przy minimum wysiłku - np. makaron z twarogiem i truskawkami czy kasza kus kus z warzywami. Zapiję maślanką lub herbatą koperkową, żebyś, kochany mój, nie pękał od nadmiaru bąków w brzuchu. A potem już tylko słodkie lenistwo...Taplanie się w basenie, czytanie w łóżku kiedy skwar będzie nie do zniesienia, oglądanie filmów, na które nigdy nie ma czasu, niemartwienie się niczym, słodkie robienie nic...

 

18:08, countrygirl
Link Komentarze (3) »
piątek, 28 czerwca 2013

Mąż mój i ojciec dzieci moich - dwa w jednym - wyjechał SAM. Ja też lubię czasem pobyć SAMA, jednak dla mnie i dla niego to słowo ma zgoła inne znaczenie. Dla niego SAM oznacza liczbę pojedynczą. SAM - czyli TYLKO JA. Dla mnie zaś najczęsciej słowo SAMA oznacza BEZ NIEGO - za to z całym dobrodziejstwem inwentarza. A zatem zostałam SAMA - z Młodą, Kalafiorem, psem, kotem, domem i ogrodem. No ale nic to - cierp ciało, jakożeś chciało;-)

Z tej oto okazjo, przypomniał mi się pewien nostalgiczny i jakże prawdziwy tekst. Odszukawszy go w przepastnych archiwach netu, niniejszym oto go przytaczam, za eioba, ku pokrzepieniu wszystkich kobiecych serc! Tak - jesteśmy wielkie!!!!

Rodzice oglądali telewizje i mama  powiedziała:

„Jest już późno, jestem zmęczona, pójdę spać”.

Poszła do kuchni zrobić kanapki dla nas na jutrzejszy lunch,  wypłukała kolby kukurydzy, wyjęła mięso z lodówki na dzisiejszą kolację, sprawdziła ile jest płatków śniadaniowych w puszce, nasypała cukru do  cukierniczki, położyła łyżki i miseczki na stole i przygotowała ekspres do  zaparzenia kawy na jutro rano. 

Sprzątnęła ze stołu pozostawioną grę, postawiła telefon na ładowarkę i odłożyła na półkę książkę, powiesiła ręcznik do  wysuszenia.

Potem ziewnęła, przeciągnęła się i poszła do  sypialni.

Zatrzymała się przy biurku i napisała kartkę do nauczycielki,  odliczyła trochę kasy na wycieczkę w teren i wyciągnęła podręcznik schowany pod  krzesłem. 

Potem zmyła twarz mleczkiem „trzy w jednym”, posmarowała się kremem „na noc i przeciw starzeniu”, umyła zęby i opiłowała  paznokcie.

Ojciec zawołał: „Myślałem, że poszłaś do łóżka”.

„Właśnie idę” – odpowiedziała.

Wlała trochę wody do miski psa i wypuściła kota na dwór, a potem  sprawdziła czy drzwi są zamknięte i czy światło na zewnątrz jest zapalone.

Zajrzała do pokoju każdego dziecka, wyłączyła lampki i  telewizory, powiesiła koszulki, wrzuciła brudne skarpety do kosza i krótko  pogadała z jednym z dzieci, jeszcze odrabiającym lekcje. W swoim pokoju kobieta  nastawiła budzenie, wyłożyła ubranie na jutro, naprawiła stojak na  buty. 

Dopisała 3 rzeczy do listy 6 najważniejszych czynności do  wykonania. Pomodliła się i wyobraziła sobie, że osiągnęła swoje  cele.

W tym samym czasie mężczyzna wyłączył telewizor i oznajmił „w powietrze”: „Idę spać”.

Co też bez namysłu uczynił.

 

14:50, countrygirl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 czerwca 2013

Okres wakacyjny to czas powtórek. Powtórek telewizyjnych mniejszych lub większych gniotów. A wśród nich – dwa seriale, które traktuję jako jedyny pewny i w miarę stały punkt mojego dnia. To „Czas Honoru” i „Rodzinka.pl”. No więc dziś o „Rodzince”. Lubię ten serial, choć nie jest do końca realny. Nie znam wielu takich rodzinek, ale wzbudzają we mnie mega pozytywne emocje. Lubię, bo to moje poczucie humoru. Lubię, bo fajne i ładne dzieciaki tam grają. Lubię, bo Ludwik Boski jest moim ideałem faceta – niezbyt przystojny, za to dobry mąż i ojciec, któremu nie trzeba palcem pokazywać i z dużym poczuciem humoru i optymizmem. A nasza torunianka – Natalia Boska – ma świetną figurę, frustrację na moim poziomie i duży dystans do siebie.

Każdy ma coś, do czego tęskni. Każdy ma gdzieś swój port, w którym jego dusza i jego umysł – po długiej i trudnej podróży, po burzach i sztormach – mogą znaleźć ukojenie i dobry sen.  Kiedy zamyka oczy, wraca do przyszłości, by czekać na swój znany-nieznany ląd…  Każdy ma swoją Amerykę, która pewnego dnia ujrzy na horyzoncie Santa Marię, Pintę i Niñę…

17:53, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 czerwca 2013

Nie pamiętam z okresu wczesnego dzieciństwa, aby moi rodzice czytali mi książki. Po pierwsze - nie było akcji "Cała Polska czyta dzieciom". Po drugie - no cóż, chyba były inne czasy. A może taka była specyfika mojego domu rodzinnego? Tak czy inaczej - książki w moi domu czytało się samodzielnie i tyle.

Może właśnie z powodu tego dziecięcego niedosytu obcowania w "trójkącie": Mama (lub Tata) - książka - i ja, od zawsze miałam ambicje, aby moim dzieciom od najmłodszego wpajać ideę wspólnego czytania i szacunku do książki w ogóle. Wszak mówi się, nie bez kozery, że książka to nasz najlepszy przyjaciel. Pocieszy, nauczy, rozbawi, wzruszy, w dalekie podróże zabierze, jest zawsze obok... Młodej czytamy od zawsze. Codziennie. Musi się stać coś naprawdę wyjątkowego, żeby odstąpić od tej reguły. I muszę przyznać, że stało się to dla mnie nie mniej przyjemnym nawykiem (żadnym obowiązkiem!) niż dla niej. To dzięki temu wspólnemu czytaniu, mamy za sobą nie lada kawał światowej i polskiej literatury dziecięcej, mimo młodego wieku. A dzięki temu, Młoda bardzo szybko nauczyła się mówić, i to mówić pięknymi pełnymi zdaniami, z bogatym słownictwem. Myślę, że także w dużej mierze dzięki temu jest osobą niezwykle empatyczną (choć to akurat czasem jej może przeszkadzać w normalnym funkcjonowaniu).

Kiedy przechadzam się pomiędzy półkami z książkami, to mam ochotę tam zamieszkać na tydzień. No cóż, finanse mi nie pozwalają na to, by nabyć drogą kupna wszystkie książki, o których marzę. I pomimo tego, że większość obecnie wydawanych książek dla dzieci to chłam, bazujący na licencjach Disney'a, Hasbro czy Pixar, to można znaleźć prawdizwe perełki. I to także nasze - polskie. Taką książką jest np. "Tato, a dlaczego?" Wojciecha Mikołuszko. Książka, którą obecnie można nabyć tylko poprzez internet lub na specjalne zamówienie. Książka, która w sposób wyczerpujący odpowie na dziecięce pytania, w stylu: "dlaczego puszczamy bąki?" , "po co nam gęsia sórka?" czy "dlaczego płatki w mleku się przyciągają?" Przy okazji i my - rodzice - dowiemy się wielu ciekawych rzeczy o naszym świecie.

Kolejną książką, w której absolutnie się zakochałam jest "Bon czy ton, czyli savoir vivre dla dzieci" mojego ulubionego ostatnio autora dziecięcego - Grzegorza Kasdepke. Wiem, wiem - GK pisze już od lat dla dzieci, ale jakoś ostatnio dużo go czytam za pośrednictwem magazynu GAGA (także tutaj)(notabene, jedynego magazynu parentingowego, który uwielbiam i który czytam nałogowo od deski do deski). Zatem z książki "Bon czy ton..." nasze dzieci (i my rodzice także!!!) dowiemy sięmiędzy innymi, dlaczego nie należy w towarzystwie bekać, dlaczego trzeba mówić dziękuję, proszę i przepraszam oraz dlaczego niekulturalnie jest prosić o autograf...na brzuchu;-) Patrząc na dzisiejszą młodzież - mniemam, że pozycja warta zgłebienia ;-)

A tymczasem... Od soboty na tapecie są przygody rodziny z ulicy Czereśniowej, numer 17. To właśnie tam pewnego dnia, wiatr ze wschodu przywiał ekscentryczną opiekunkę Mary Poppins... Młoda zachwycona, ja - czytam jej z wypiekami na twarzy...

 

 

 

 

10:20, countrygirl
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 czerwca 2013

Może wstyd się przyznać, ale w ubiegłą sobotę (dopiero - sic!!!!!) po raz pierwszy w życiu doświadczyłam rewolucji technologicznej ... sprzed kilku lat. Otóż wybrałam się z moją 6-letnią latoroślą na seans w 3D. No ja wiem... Że to obciach, zacofanie, żenła, nie do pomyślenia itepe, itede. No ale ten typ tak ma. W kwestiach technologii nigdy nie byłam ani zbyt lotna, anie nie interesowało mnie to wcale a wcale. Z duchem czasu nie idę, niestety, czego dowodem jest choćby odkurzony ostatnio adapter. Od dwóch tygodni więc cały dom rozbrzmiewa skrzypiącymi spod igly rowkami, a wraz z nimi - Scott Joplin i Władimir Wysocki na przemian z Armią i Dezerterem. Ba! Znalazły się nawet przeboje San Remo!

Wracając do technologii XXI-go wieku. Film animowany nosił tytuł "Tajemnica Zielonego Królestwa". I jakkolwiek uwielbiam takie fajne proekologiczne edukacyjne historie familijne, to nie leśna tematyka mnie urzekła tym razem, ale właśnie 3D. Już w trakcie reklam przed seansem, siedząc z okularami na nosie, przeżywałam istne szaleństwo, śmiem mniemać, że bardziej niż jakikolwiek inny dzieciak w kinie - no, może z wyjątkeim Młodej, która też pierwszy raz widziała TAKI film ("Mamo, mamo, tik taki na mnie lecą!!!!!!"). A kiedy film się zaczał i zaczęły mi latać nad głowami owady i leśne ludziki, to emocjonalnie przeniosłam się 20 lat wstecz i poczułam się jak dzieciak, który całe dzieciństwo słuchał kaset na Kasprzaku i nagle dostał wieżę stereo i płyty CD!!!! Nie, no istny szał, kosmos, mega!!!!

12:13, countrygirl
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26