May you always do for others and let others do for you...
RSS
środa, 05 czerwca 2013

Od wczoraj jestem mega naładowana pozytywna energią. Wiem, wiem - szurnięta jestem, bo kto przy zdrowych zmysłach, mając taką pogodę za oknem, miałby chęć do życia i działania na wysokich obrotach. Otóż JA! I jak wiadomo wszystkim tym, którzy mnie znają, każdego dnia z uporem maniaka wcielam w życie moje życiowe motto "Tylko wariaci są coś warci!". W tym sensie - jestem warta milion dolarów;-)

Otrzymałam wczoraj maila. Wspaniałego. Z pewną propozycją nie do odrzucenia. Mam szansę na zrobienie czegoś pięknego, pozytywnego, w dodatku czegoś, o czym zawsze marzyłam. Traktuję to ambicjonalnie, chcę wziąć udział w tym projekcie. Proszę tylko, żeby doba wydłużyła się chociaż o dodatkowe 2-3 godziny... Jeśli to jest uśmiech (a nie chichot) losu, to jestem mojemu przeznaczeniu bardzo wdzięczna za wszystko, czego dotychczas doświadczyłam. Za wszystkie dobre i złe chwile, za wszystkie radości i łzy. Za wszystkich ludzi, których los postawił na mojej drodze i dzięki którym jestem tym, kim jestem i jestem w tym miejscu, w którym jestem...

PS. Wierzę, że dobra energia powraca! Nie - nie wierzę w to. Ja to widzę i odczuwam na własnej skórze każdego dnia. Każde życzliwe słowo, każdy miły gest, każdy uśmiech i każde dobre życzenie, które wysyłam w świat powraca do mnie. I dzięki temu mam wokół siebie - fizycznie i mentalnie - cudownych ludzi, którzy mnie jeśli nie kochają, to przynajmniej bardzo lubią i szanują.

09:20, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 czerwca 2013

Chociaż telewizję oglądam niezmiernie rzadko (a może właśnie dlatego, że rzadko oglądam), mam to szczęście, że trafiam na perełki. Tak też było wczoraj późnym wieczorem, kiedy to zmęczona długim weekendem, pełnym zmienności, gości i radości, natknęłam się na film „Sen o życiu. To biograficzny film dokumentalny o i z udziałem Patti Smith oraz jej najbliższych. Film, który powstał w wielu miejscach, w wielu okresach, w różnych momentach życia artystki. Od czasu książki „Poniedziałkowe dzieci”, która poruszyła mnie do koniuszków nerwów jestem wielką fanką tej kobiety.  Jezu, jak brzydka – tak wielka!!!  Patti Smith z pewnością nie mieści się w żadnych kanonach kobiecości, w zasadzie to patrząc na nią ma się wątpliwości, jaka to płeć, ale kto by się tym przejmował, czytając jej poezję, czy słuchając jej głosu. Nie mogę wprost uwierzyć, jak przejmująco ciepły jest jest śmiech, jak promienieje jej twarz, gdy się uśmiecha, jak miękki i przyjemny dla ucha jest jej głos, kiedy mówi… W filmie jest taka scena, kiedy Patti Smith, stojąc na scenie , czyta wiersz Alana Ginsberga i płacze… Poryczałam się razem z nią. Nie dlatego, żeby wiersz mnie jakoś poruszył. Poruszyła mnie ona, stojąca przed tłumem, z tomikiem poezji w dłoni, roniąca łzę za łzą  z łamiącym się głosem.

I jeszcze jedna scena, którą jeszcze dziś widzę, gdy zamykam oczy… Patti stoi na ganku swojego rodzinnego domu, wraz ze swoim ojcem patrzą na ogród i wspominają każde zasadzone w dzieciństwie drzewo, krzak… Głaszczą psa… Wspominają wiewiórki, które tata za młodu dokarmiał… Na koniec Patti mówi: „wejdźmy tato do środka, napijemy się kawy”. Nie umiem tego wyjaśnić żadnym racjonalnym określeniem, ale w tych słowach zawarta była cała miłość, cała wdzięczność, cała jej dziewczęcość i niewinność... Mam taką przebitkę w głowie – chciałabym, aby moje dzieci za 30-40 lat przyjechały do nas i – wspominając radosną twórczość ogrodową – z taką samą miłością powiedziały: „wejdźmy do domu – napijemy się kawy”…

09:49, countrygirl
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 czerwca 2013

Dziś jest Dzień Dziecka. I dziś będzie krótko, bo lecę spędzić czas z moimi dziećmi. I możliwe, że będzie patetytcznie i nudno i żałośnie do zrzygania. No cóż - każdemu wolno. Dziś chciałam powiedzieć, że jestem cholernie szczęśliwa z faktu, że jestem mamą i że mam dwójkę wspaniałych dzieci, z których jestem bardzo, ale to BAAARDZO dumna!

Kocham Was moje Robaczki !

PS. Piosenka przewrotnie, bo to nie jest wcale mournful ani sad day ;-) Po prostu wieki nie słyszałam tej piosenki, a uwielbiam ją!

13:30, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 maja 2013

Kalafior obudził mnie dziś o 5 rano. Od jakiegoś czasu przesypia już cała noc, zasypiając o godz. 20 i budząc się ok. godz. 5. Poranek był przepiękny. Ptaki, wijące gniazda pomiędzy belkami dachowymi i te, wabiące swoje partnerki dawały taki koncert, że aż sie w głowie kręciło. Promienie słoneczne pieściły twarz i było to równie przyjemne, jak wiatr delikatnie dmuchający poprzez uchylone okno. Zapowiadało się pieknie...

A jednak dzisiaj jest smutny dzień. Smutny dla mnie i zapewne dla miliona fanów Doorsów na całym świecie. Odszedł Ray Manzarek. To ten, którego klawisze słychać przez kilka minut w "Light my fire"...Ten, który prowadził mnie za rękę wraz z Jimem Morissonem od "Break on through" aż do "Riders on the storm". Ten, który był - podobnie jak JM - żywą legendą za życia. Z tą różnicą, że miał szczęście (???) dożyć 74 lat...

PS. Jakieś duchy z przeszłości odwiedzają mnie / nas ostatnio - nie macie wrażenia? Janis Joplin zmartwychwstała (tutaj), w sobotę odszedł Marek Jackowski (ma w końcu błekitne niebo - teraz nic mu już więcej nie potrzeba...) a dziś odszedł Ray. Jestem pewna, że Jim się cieszy z tego spotkania... Znów są razem...

 

 

10:04, countrygirl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 maja 2013

Źle znoszę temperatury powyżej  stopni, a tymczasem od paru dni już o godz. 9 rano Celsjuszowy licznik pokazuje 23 kreski w cieniu… Upał jak diabli… Czy to wiosna czy też coś mi się pokręciło???? Co tu robić? Siedzieć w czterech ścianach, gdy ma się ogród i las na wyciągnięcie ręki?

Ale nie o tym miało być. Miało być o poniedziałkowym programie Tomasza Lisa, w którym gośćmi byli państwo Terlikowscy i ksiądz, którego nazwiska nie pamiętam. A szkoda, bo mądrze prawił. I co ważniejsze – bez skrajnych emocji. I żeby było jasne – obie strony były przeciwne tej metodzie jako metodzie poczęcia, ale retoryka Tomasza i Małgorzaty Terlikowskich woła – nomen omen – o pomstę do nieba! Słowa takie jak: „morderstwo, zabójstwo, eksterminacja nienarodzonych, eugenika (sic!!!) – to według wyżej wymienionych słowa absolutnie na  miejscu w odniesieniu do par, które rozpaczliwie pragną dziecka i chwytają się każdej zgodnej z prawem metody. Ich koronnym argumentem było, że skoro Bóg nie chciał ich obdarzyć potomstwem W SPOSÓB NATURALNY, to ich mieć nie powinni. I tak oto nasunęło mi się pewne rozumowanie…

Nie jestem teologiem, więc mogę się mylić, ale o ile mi wiadomo z lekcji religii TYLKO Pan Bóg ma moc sprawczą w dziedzinie początku życia ludzkiego. Zabić może również szatan, ale to czy do życia zostanie powołana  nowa dusza – to już leży tylko i wyłącznie w gestii Boga. Czy tak? Moim zdaniem tak. No więc, skoro Bóg „zgodził się” i doprowadził do zaistnienia życia poczętego na szkiełku w laboratorium medycznym – to jakimż to prawem katolik ma prawo (czelność?) to krytykować? W końcu to dziecko jest także Bożą istotą, bez żadnej bruzdy, nie zwichrowane genetycznie itp.

Wywiad z panią Terlikowską – między innymi na temat metod poczęcia – czytałam niedawno w Wysokich Obcasach (dla zainteresowanych – tutaj).
Wywiad skądinąd bardzo dobry, świetnie się go czyta i nie sposób odmówić pani Małgorzacie swoistej logiki. Niemniej jej świat i światopogląd,  to zupełnie nie moja bajka… I jakkolwiek uważam, że fajnie jest być konsekwentnym rodzicem i pokazać dziecku świat inny, jakąś alternatywę dla całego tego gównianego blichtru, którym jesteśmy otoczeni ze wszystkich stron, to twierdzenie w stylu: „Jeśli by moje dziecko okazało się mieć skłonności homoseksualne, to uznałabym to za swoją porażkę wychowawczą” podniosły mi znaaaaacząco ciśnienie. Gdzież tu „wina” rodzica? Gdzież tu w
ogóle wina? OK, rozumiem, że można się wstydzić , no ale chyba moim zadaniem, jako rodzica, jest przede wszystkim kochać dziecko – bez względu na
okoliczności, bez względu na jego uczynki? W końcu nawet seryjni mordercy mają matki, które je kochają (no, chyba że taki delikwent zabił wcześniej swoją matkę).

Tymczasem, z zupełnie innej beczki, Młody zaczął nadmiernie interesować się wszystkim, przy jednoczesnym ograniczeniu swego snu dziennego do absolutnego minimum, czyli coś na oko - 3 półgodzinne drzemki. Dodam jeszcze, że odmówił definitywnie i nieodwołalnie obecność smoczka-uspokajacza w swojej buziulce i jedynymi „rzeczami”, z którymi jeszcze jako tako usypia są mój cyc lub jego pięść.

13:43, countrygirl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 kwietnia 2013

Nie jestem EKO-mamą. Nie piorę w orzechach, nie jem bio-marchewki z certyfikowanych pól wolnych od pestycydów, nie myję się owsianką, nie pijam mleka od szczęśliwych krów i nie używam dla malucha pieluch wielorazowych z włoknem bambusa. I żeby nie było wątpliwości - nie mam nic przeciwko tego typu postawom. Niechaj każdy żyje jak chce i nie próbuje przekonać na siłe drugiej strony, że jest nienormalna. Amen. Jestem natomiast z całą pewnością EGO-mamą; moje potrzeby uważam za tak samo ważne, jak potrzeby małych ssaków, które pojawiły się w moim życiu. Nie jestem zwolenniczką przekonań, że posiadając dziecko, MUSIMY  na ładnych kilka lat zrezygnować z siebie, że swoich pasji, rozrywek, marzeń i pragnień.

 

Zatem z powyższego ego-powodu (a jest nim mój osobisty ból pleców po kilkugodzinyym noszeniu na rękach mojego Małego Księcia) - otóż dla dobra tychże plecków - nabyłam kilka metrów bawełniano-lnianego materiału, zwanego chustą. I nagle coś się zmieniło... Nagle zrozumiałam, o co chodzi w teorii, głoszącej bliskość matki z dzieckiem. Dla mnie oznacza to właśnie TE chwile, kiedy jesteśmy tylko my - ja i Ono. To Małe, co niedawno było w moim brzuchu, tuż pod sercem, kopało w wątrobę i nie dawało spać. Teraz to Małe jest tak samo ułożone, taka sama żabka, tyle że po drugiej stronie brzucha. Otoczone szczelnie jak kokonem, mocno przylegające swoim wątłym ciałkiem do mojego. Wiem, że słyszy to samo bijące serce, które słyszało przez ostatnie miesiące. Wiem, że mu ciepło i bezpiecznie. Czuje ten sam zapach, który czuje każdego dnia będąc przy piersi... Tak, wierzę, że cywilizacje pierwotne wymyśliły coś naprawdę pięknego i magicznego...

Kurcze, no - wzruszyłam się... Post łzami zalany...

11:16, countrygirl
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Ponieważ Kalafior wymaga i przez najbliższe kilka miesięcy wymagać będzie bliskości głównie w trybie ręcznym (jakkolwiek by to nie zabrzmiało), moje plecy dają już znać o sobie. Oczywiście, przytulanie taakiego słodziaka jest czymś niezwykle miłym i mleko samo leci, ale...noszenie przeszło pięciokilowego człowieka przez kilka godzin dziennie...no, żaden kręgosłup by tego nie polubił. Zatem, postanowiłam za licznymi namowami męża mojego i kręgosłupa mojego COŚ z tym zrobić.

Zapisałam się więc na jogę. Miało być tanio, blisko i w piątki. No i znalazłam zajęcia... w osiedlowym klubie przy jednej z toruńskim spółdzielni mieszkaniowych;-) Wchodzę ci ja na salę, a tam...panie w wieku emerytalnym lub lekko przed. Myślę sobie, well, przynajmniej się nie nadwyrężę. A tu - niespodzianka! Wprawdzie towarzystwo było na różnym poziomie zaawansowania, ale prowadzący nie przejmował się ani wiekiem zacnych pań, ani ich kondycją. A w dodatkuy, jedna z pań, o gabarytach wskazujących na wysoki współczynnik złego cholesterolu, spowodowała u mnie opad szczęki to poziomu ground zero. Otóż takich asanów, jakie ona wykonywała, nie potrafił nikt poza nią i prowadzącym. Rozciągnięta Pani Gumisiowa wprawiła mnie w zdumienie i podziw. Wielkie WOW!!!

Tak więc 20 zł wydane na miesięczny karnet niechaj będzie dobrą inwestycją w moje dobre samopoczucie, proste plecy i udany początek każdego weekendu;-)

Pozostając w klimacie, piosenka, której nie słyszałam wieeeeeeeki całe...

21:00, countrygirl
Link Komentarze (4) »
środa, 20 marca 2013

Nocne karmienia sprzyjają w moim przypadku refleksjom. Różnym. Tym bardziej i tym zgoła mniej ambitnym. Dzisiejszej nocy Kalliope była zdecydowanie w słabej formie intelektualnej, dlatego też poemat, stworzony przeze mnie o godzinie 3:52 (sic!!!) zawiera jakże urocze rymy rodem z miasta świętej wieży...

Minus cztery, drodzy Państwo
W dniu dzisiejszym - czyste draństwo!
Na dodatek białe gówno
Pod kołami bryzga równo.
W prawo, w lewo, góra, dół
Chlapie spod zimowych kół.
Droga Wiosno - mości panno!
Może byś tak - zamiast sanną
W marcu pąkiem jakimś sypła
I pączkami nam zakwitła?!
Ty, tymczasem, mrozem wiejesz
W miasta, we wsie, w pola, w knieje.
Śnieg napadał na chałupę...

WSADŹ SE TAKĄ WIOSNĘ W DUPĘ!!!

08:43, countrygirl
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 marca 2013

Potrzebowałam trochę czasu, by dojrzeć do pewnych emocji, do nazwania pewnych stanów rzeczy. To "trochę" zajęło mi TROCHĘ więcej czasu i wysiłku niż przypuszczałam. I mam takie myśli. Skąd się bierze to przeświadczenie, że kiedy pojawia się na świecie dziecko (zakłądając, że owo dziecko jest chciane, wyczekiwane, a rodzice nie są kwalifikowani jako "patologia") - a więc skąd pojawia się przeświadczenie, że rodzic - matka w szczególności - zakochuje się w swoim dziecku od pierwszego wejrzenia i odtąd już kocha je miłością bezgraniczną i bezwarunkową? Nie zawsze tak jest...

Potrzebowałam aż czterech tygodni, by w końcu nazwać te uczucia MIŁOŚCIĄ. Tak samo, jak nie było łatwo pokochać, tak samo nie było łatwo przyznać się, że miłość przyszła po miesiącu. Młodą pokochałam od początku - od czasu, gdy pojawiła się w naszym życiu jako dwie różowe kreski. Miłość do Kalafiora ujawniła się po miesiącu od czasu narodzin. Owszem, kochałam rosnący brzuch, człekokształtną istotę widoczną na usg, kochałam kopniaki o 4 nad ranem. Ba! Pięknym i pełnym miłości było także doświadczenie porodu. A potem miłosna bańka pękła... I co dalej? Jak żyć???

Dzień za dniem, noc za nocą. Mały ssak potrafił jedynie jeść, robić kupy, czasem spać i płakać. CIĄGLE płakać. Pytałam siebie - dlaczego JA?Jak to JA? To nie JA. MNIE to przecież nie miało prawa się przytrafić! A jednak się przytrafiło. I boli cholernie mocno fakt, że nie rozpłynęłam się w euforii od samego początku.

A dziś, nasz mały Kalafiorek kończy 4 tygodnie. To znaczy, że mam w domu najwspanialszy cud natury. Jest w domu CZŁOWIEK, który patrzy na mnie, kocha mnie i jestem dla niego całym światem. Tak jak i on dla mnie.

Mój cały świat zamknięty w tych małych piąstkach, zaciskających się na moim palcu serdecznym...

14:27, countrygirl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 marca 2013

Czas karmienia piersią daje mi chwilę (dosłownie CHWILĘ, bo Kalafior nie ssie dłużej niż 10 minut) refleksji różnorakich. Jedną z nich, którą kontemplowałam dziś w okolicach godziny 4:30, jest fakt, że nie należę jednak do fanek, miłośniczek karmienia piersią. Egoistyczne, prawda? No, ale nic na to nie poradzę. Oczywiście wiem, że MLEKO MAMY TO NAJLEPSZE, CO MOŻESZ DAĆ SWOJEMU MALEŃSTWU, zdaję sobie sprawę, co dobrego niesie ów matczyny płyn dla ssaka, dla mnie itd, itp, etc... Ale przyznaję - robię to najbardziej z pobudek czysto egoistycznych - wygoda i kasa.

Jakkolwiek urzekają mnie wielkie niebieskie oczy, patrzące na mnie jeszcze mętnie zza wielkiego cyca, jakkolwiek piękny jest widok zasypiającego czlowieka przy piersi z tą słodką minką, mówiącą "Pycha! Rachunek, poproszę!", jakkolwiek nie mam oporów żadnych, by odsłaniać pierś swoją w miejscach publicznych, gorsząc jedną część społeczeństwa, oburzając drugą i rozczulając trzecią - to jednak karmić piersią zamierzam maksymalnie pół roku. Przepisowe 6 miesięcy. No trudno, nie jest to moja ulubiona forma kontaktu cielesnego z maleństwem...

09:30, countrygirl
Link Komentarze (2) »